Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One Shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One Shot. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2014

One Shot Zadanie część 5

   

Rodział dedykuję Veronice Blanco xD


     Chłopak wynosił na wpółżywą nastolatkę z domu. Sam chwiał się na galaretowatych nogach. Próbował poukładać sobie w głowie wszystkie wydarzenia, które miały miejsce kilka chwil temu. Cieszył się, 
że drobnej szatynce nic się nie stało lecz nie miał pewności, czy jego ojciec na pewno nie będzie zagrażał jej bezpieczeństwu. Nadal czuł się winny w zaistniałej sytuacji. Jedynie z czym nie mógł sobie poradzić to to, że ojciec tej kruchej istotki zabił jego matkę. W jego głowie panował istny chaos. 
     Pogrążając się we własnych myślach po luźnił lekko uścisk wokół ciała Violetty. Nawet nie zauważył kiedy dziewczyna wyplątała się z jego sinych i drżących ramion i pędem puściła się w kierunku willi, z której przed chwilą wyszli. Leon wiedział co Violetta mogła zobaczyć za jej drzwiami i dlatego starał się ją dogonić, aby oszczędzić jej tych drastycznych widoków. Mimo, że widział sceny zabójstw już kilkanaście razy, to jednak żadna tak nim nie wstrząsnęła.
-Nie!!!- z gardła sztynki wydarł się przeraźliwy krzyk. Pod wpływem bezsilności dziewczyna osunęła się. W ostatniej chwili złapał ją ukochany.


***


     Po wyjściu najmłodszego syna wraz z córką wroga Daniel rozpoczął swoją zabawę. Przechadzając się powoli po pokoju oglądał zdjęcia rodziny Castillo wprawiając ich w coraz większe osłupienie. Po dłuższej chwili zatrzymał się  i spojrzał na Germana pełnym obrzydzenia wzrokiem.
-Masz cudowną rodzinę - rzekł kpiąco - wierną żonę, piękną dorastającą córkę...- kontynuował biorąc do ręki jej fotografię.
-Nie waż się jej tknąć! - warknął wrogo za co dostał w twarz od Christophera.
-Ciekawe u kogo spędziła ostatnią noc, nieprawdaż? - odpowiedział dwuznacznie nie zwracając uwagi na postawę skrępowanego mężczyzny. Na twarzy matki, jak i ojca dziewczyny malował się coraz większy lęk. Wszystkie tajemnicze zachowania Violetty stawały się jasne. Oboje zdawali sobie sprawę w jaką grę gra Daniel, jak miesza ludziom w psyhice. Mieli z tym styczność na co dzień, nie wiedzieli tylko, że na nich też wywoła to takie wrażenie, że znajdą się na miejscu ofiary. Wróg doskonale wiedział, że Germanowi najbardziej zależy na córce, on też o tym wiedział, kochał ją całym sercem. Dałby się za nią poćwiartować - który ojciec by tego nie zrobił? Właśnie w ten czuły punkt uderzył jego były partner.
     Wróg widząc niepewność w oczach Germana i Marii podszedł do niej z otwartym scyzorykiem. Zaczął gładzić delikatnie jego ostrzem po jej żuchwie, nosie i brodzie zostawiając w tych miejscach szramy.
-Jest do ciebie bardzo podobna - jego zwinne ruchy świadczyły o tym, że robił już to nie raz. Patrzył się w oczy z taką zachłannością, że gdyby już teraz miał ją zabić, nie mrugnąłby powieką.- Wiecie dlaczego zostałem zawodowym zabójcą? Po śmierci żony karmię się ludzkim strachem - jego ślepia świdrowały oczy kobiety. Lekko przycisnął ostrze trzymanego w ręku narzędzia do jej lekko opalonej skóry. W efekcie z rany wypłynęło kilka kropli krwi. - Lubię patrzeć na gasnącą nadzieję w ludzkich oczach. - tym razem zmienił kierunek toru scyzoryka i zjechał w dół po szyi. - Od kiedy zabiłeś moją żonę planowałem jak się zemścić. Miałem wiele pomysłów...- rana na szyi Maryi stawała się coraz większa, a krew wypływała z niej coraz szybciej uwidaczniając pulsującą ze strachu szybko tętnicę. Daniel jedynie oblizał wargi na myśl co stanie się za chwilę. - Oto jeden z nich.
     Zakrwawiony poprzednio sztylet wbijając się między żebro szatynki wydał głośny szczęk zahaczając o kości ofiary. Zaraz po tym osunęła się na podłogę, a w tle rozniósł się przeraźliwy krzyk córki. Krew szybko zabarwiała na ciemnoczerwony kolor plamę na ubraniu, która z każdą sekundą stawała się coraz większa. Kałuża krwi zalewała dębowe panele...
     Leon złapał osuwającą się na ziemię Violettę i obrócił w ten sposób, że jej ciało wtulone było w jego tors. Dziewczyna nie wydawała już z siebie żadnego dźwięku, jedynie po jej policzkach sączyły się łzy moczące koszulkę chłopaka. Sama nastolatka sprawiała wrażenie odużonej, nie mającej kontaktu z rzeczywistością. Aby nie przedłużać jej pobytu w miejscu zbrodni Leon zaczął powoli wycofywać się na podwórze głaszcząc delikatnie głowę ukochanej w celu jej uspokojenia. Na niewiele to się jednak zdało.
- Leon! Mówiłem ci coś!? - rozgniewany ojciec zwrócił się twarzą do syna, który po chwili zniknął za rogiem. Sam zaś wskazał palcem na załamanego Germana. Christopher przejął go z rak jednego z ,,byczków" i bez żadnych skrupułów kopnął ciało martwe ciało Maryi, aby udostępnić sobie wyjście z willi. Widok zimnej kobiety wcale nim nie wzruszył, w przeciwieństwie do młodszego Verdasa. Starszy z braci zaciągnął komisarza na zewnątrz i wpakował do czarnego SUV'a. Zauważył, że sportowego samochodu brata już nie było na podjeździe. Sam po chwili ruszył do kryjówki gangu.


***


     Leon tym razem jechał wyjątkowo wolno ze względu na pasażerkę. Patrząc na nią jego serce się ściskało, nie wiedział co zrobić. Violetta wyglądała jakby to ona przed chwilą została zabita, a nie jej matka. Jej ciało było białe jak ściana, a twarz zwrócona w szybę samochodu wyrażała ogromne cierpienie i zawód. Oczy jednak nie pokazywały żadnego uczucia, były puste. Cała drobna postać wydawała się jeszcze bardziej wychudzona i skulona. Chłopak nie mógł znieść tego widoku. Swoje ręce rozpaczliwie wbił w kierownice, a wzrok w jezdnie uważając, żeby się przy tym nie rozpłakać. Niespodziewanie mocniej przycisnął pedał gazu. Prędkość od zawsze go uspokajała. Krajobrazy szybko migały za nimi. Jeździli tak bez najmniejszego celu. Leon nie mógł sobie wybaczyć tego, że naraził ukochaną. Nie miał też zamiaru po raz drugi pakować ją w te bagno. Drugi raz nie zniósł by tego widoku. Mimo, iż sam nie mógł poradzić sobie z całą tą sytuacją musiał być oparciem dla Violetty. Nie ważne jak bardzo by go nienawidziła i się nim brzydziła. Obiecał sobie, że będzie ją chronił.
     Na zewnątrz panował już półmrok. Koła samochodu dalej toczyły się z kosmiczną prędkością po czteropasmówce. Znajdowali się już kilka mil od miasta, chociaż oboje wiedzieli, że będą musieli tam wrócić.
   Chłopak nie mógł znieść więcej tej ciszy panującej w aucie. To było takie dobijające...
-Violu, słuchaj...- nie wiedział co powiedzieć, jak to wszystko wyjaśnić. -Kochanie, słuchaj...- Violetta nie mogła, nie miała sił go słuchać.
-Nie Leon, nic nie mów i nie nazywaj mnie tak.- powiedziała ledwo słyszalnym głosem. Starał się uspokoić, ale cały czas przed oczami miała ten widok, którego już nigdy nie zapomni.
  Pociągnęła żałośnie nosem, podkuliła nogi i głowę odwróciła w stronę okna.
  Nigdy nawet nie pomyślała, że jej życie może tak się potoczyć W jednej chwili mogła stracić wszystko. Ale tak naprawdę straciła. Na to wspomnienie po jej czerwonych policzkach popłynęły gorzkie łzy.
  Wałczyła z samą sobą, żeby się nie rozpłakać jak małe dziecko. Nie mogła tego powstrzymać. To było silniejsze od niej samej. Zaczęła cicho szlochać. Zacisnęła oczy by opanować łzy, ale one nie dawały za wygraną i nadchodziły z co raz większą siłą.
  Leon zaciskał zęby. Z wściekłości, z bezradności, z bólu jaki sprawiały łzy szatynki. Odczuwał prawe to samo co dziewczyna. Winił siebie za to, że pozwolił jej zawrócić i zobaczyć coś, co na pewno nie zapomni do końca życia.
  Panującą ciszę w samochodzie przerwał dzwoniący telefon chłopaka. Nacisnął jakiś przycisk na kierownicy i cicho westchnął.
-O co chodzi.- chciał by jego głos brzmiał poważnie. Nawet udało mu się.
-Gdzie jesteś?- z głośników wydobył się głos ojca szatyna.
-Tak konkretnie to nie wiem.- powiedział Leon spoglądając na skruszoną dziewczyną, która nasłuchiwała się rozmowie.
-Jest z tobą?- dopytywał się Daniel poważnym i bez namiętnym głosem. Leon przełknął głośno ślinę.
-Tak.-głos zaczął mu drzeć. Zaczął powoli panikować. Nie wiedział co jego ojciec planuje.
-Dobrze, wróćcie i odsyłam was prosto do Włoch.- rzucił pośpiesznie mężczyzna.
-Co, ale dlaczego nie możemy tu zostać?- chłopak naprawdę się zdziwił. Myślał, że ojciec będzie chciał skończyć z jego ukochaną.
-Leon, jak bardzo ją kochasz?- zapytał z lekka zirytowany głos Daniela. Na to pytanie młodzi ludzie zesztywnieli. Leon dobrze wiedział co czuje do dziewczyny, a ta chciała usłyszeć to z jego ust. Violetta wytężyła słuch i czekała aż młody chłopak odpowie swojemu ojcu.
-Bardzo.- szepnął szatyna dyskretnie patrząc na dziewczynę.- Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo.-powiedział pewny siebie chłopak.
  Violetta na te słowa ze sztywniała. Spodziewała się takiej odpowiedzi, ale nie spodziewała się, że ona sama tak zareaguje.
-Uwierz, rozumiem cię.- powiedział łagodnym głosem Verdas. Jego ton głosu bardzo zdziwił chłopaka. Jeszcze nigdy takiego nie słyszał.- Wracajcie.- rzucił z powrotem poważnym głosem.
-Okej.- burknął chłopak i zakończył połączenie.
  W środku Violetta uśmiechała się. Powiedział to i nie kłamał. Powiedział to własnemu ojcu.Może i widziała jak jej matka jeszcze jakąś godzinę temu umierała, ale nie mogła się smucić gdy słyszy się takie słowa. A co najważniejsze to, że odwzajemniała uczucia chłopaka. Wiedział to bardzo dobrze. Chciała, żeby to on ją pocieszał w trudnych chwilach. Kochała go jak nikogo innego.
  Wzięła głęboki wdech i powróciła do pozycji siedzącej. Przez chwilę wpatrywał się w szosę. Powoli odwróciła głowę w stronę szatyna. Ten nadal wpatrywał się w drogę.
-Ja ciebie też kocham.- szepnęła prawie niesłyszalnym głosem. Na te słowa Leon zesztywniał, ale potem się rozluźnił. Lekko się uśmiechnął i zjechał na pobocze. Zaciągnął ręczny i spojrzał na zdziwioną całą sytuacją szatynkę. Violetta patrzyła się na niego pytająco. Verdas odpiął swoje pasy bezpieczeństwa. Przybliżył się do dziewczyny. Ta siedziała sparaliżowana. Szybko rozczytała jego zamiary i nie protestowała.
  Szatyn połączył ich usta w pocałunku. Obaj w nim chcieli wylać całą swoją miłość. Leon polorzył rękę na jej policzku. Violetta wplotła rękę we włosy ukochanego rozkoszując się jego ciepłymi i miękkimi ustami. W brzuchu dziewczyny szalały motylki. Po oderwaniu stykali się czołami.
-Kocham cię.- powiedzieli tym samym razem. Dziewczyna się zaśmiała, a szatyn szeroko uśmiechnął. Spojrzeli sobie głęboko w oczy.
-Ja ciebie też.- powiedzieli znowu razem. Ta sytuacja bawiła Leona. Nie mógł przestać się szczerzyć. Violetta nie wiedziała o co chodzi.
-Co?- burknęła i popatrzyła na niego spodem łba.
-Nic.- rzucił chłopak oddalając się od twarzy Castillo.
-Nic a nic?- podniosła brew do góry.
-Nic.- zaśmiał się szatyn.-Wracamy?- zapytał dla pewności. Dziewczyna przytaknęła głową i odwróciła głowę w stronę okna.
  Jej głową okupowały pytania na które nie znała odpowiedzi. Co się teraz stanie? jak potoczy się jej życie? Przypomniało się co się dzisiaj stało. Zacisnęła oczy i starała opanować emocje.
  Kątem oka szatyn zobaczył, że Castillo chce się uspokoić. Wiedział o czym teraz myśli. Położył jej rękę na kolanie i lekko ścisnął. Dziewczyna spojrzała na niego skruszona. Verdas tylko posłał jej szeroki uśmiech. Violetta starał się choć trochę wykrzywić usta tak by choć wyglądało na uśmiech.
-Nie martw się.- powiedział chłopak wpatrując się w drogę. Violetta pokiwała głową i położyła swoją dłoń na rękę Lena, która jeszcze znajdowała się na jej kolanie. Dalszą drogę pokonali w ciszy. Nie potrzebowali słów.

***

-Jutro kończysz te piepszone 18 lat.- powiedział Leon bawiąc się jej włosami. Podniosła głowę i spojrzała na niego z przymrużonymi oczami.
-One nie są piepszone. Nawet nie wiesz jak bardzo na nie czekałam.- powiedziała Violetta wtulając się w ukochanego.
  Właśnie leżeli na łóżku i leniuchowali. Nie chciało im się nic robić. Więc postanowili poleżeć. Niedziela. Każdy przecież może.
-Piepszone, bo nie mogłem się ich doczekać i to było takie irytujące odliczać każdą godzinę, każdy dzień.- powiedział z uśmiechem na ustach Verdas. Castillo podniosła się na łokciach by swobodnie popatrzeć ukochanemu w oczy.
-Planujesz coś?- zapytała podejrzliwie podnosząc brew do góry. Chłopak przymrużył oczy i jego uśmiech zmienił się w chytry wyraz twarzy.
-Może.- powiedział obojętnie szatyn. Violetta zacisnęła z nie zadowoleniem usta.
-Czyli planujesz.- stwierdziła poważnie.-Co?!- szeroko się uśmiechnęła.Leon wydymił usta i pokręcił głową. Przybliżył się do jej ucha i szepnął:
-Coś.- te trzy litery brzmiały tak seksownie , tak uwodzicielsko... Dziewczyna głośno nabrała do płuc powietrza. Szatyn uśmiechnął się i szybko wstał z łóżka. Castillo patrzyła na niego pytająco. Leon przeczesał ręką włosy. Ten gest zawsze podniecał dziewczynę. Zapłonęła. Pragnęła go. Przygryzła dolną wargę i uśmiechnęła się uwodzicielsko.
-Chodź tu do mnie..- prawie mu to kazała. Chłopak bez wahania wrócił na łóżko położył się na dziewczynie. Vioettcie to bardzo się spodobało. Zaczęła całować go po szyi.
-Co t robisz?- zapytał zdziwiony Leon. Nie ukrywał podobało mu się to.
-Nie bądź nie mądry. To co ty bardzo chcesz robić.- murknęła między pocałunkami Castillo.
-To dobrze, bo zaraz przychodzą Ludmiła i Federico i chciałem coś im przygotować do jedzenia.- powiedział uśmiechnięty chłopak, bardzo podobało mu się co robiła mu ukochana. Na jego słowa Violetta oderwała się i spojrzała na niego z zdenerwowaniem. Podniósł pytająco brew.
-Złaś ze mnie.- rozkazała niezadowolona szatynka odpychając chłopaka.
-Dlaczego?- zapytał z uśmiechem. Tak naprawdę wiedział dlaczego Vilu się zdenerwowała.
-Nie denerwój mnie.- warknęła i wstała z łóżka. Szybkim krokiem wyszła z pokoju. Leon nie mógł powstrzymać się. Tak bardzo chciało mu się śmiać.
-Kotek nie za gorąco ci?- zapytał kpiąco, gdy dziewczyna wróciła do sypialni po telefon.
-Śmiej się, śmiej. Jeszcze tego pożałujesz.- burknęła wkurzona Castillo. Jej ton jeszcze bardziej rozśmieszał Verdasa. Teraz już się nie powstrzymał. Śmiał się jak by go ktoś łaskotał. Violetta pokręciła z niedowierzaniem głową. i zaczęła wychodzić z pokoju.
-Ej, Violu, może przynieść ci szklankę zimnej wody, bo czerwona to jak burak jesteś!- krzyknął Leon. Chciał się uspokoić, ale to wciąż go bawiło.
-Och wal się Leon.- burknęła poirytowana mała kruszynka Verdasa. Chwyciła poduszkę do ręki i mocno uderzyła nią chłopaka. Ten od razu spoważniał i zwinnie podniósł się do pozycji stojącej.Violetta podniosła drwiąco brew.
-Ładnie to tak się bić?- zapytał i wyrwał z ręki ukochanej poduszkę i uderzył ją dość mocno.
-Au.- powiedział beznamiętnie Castillo. Verdas podniósł brew.
-Bolało?- zapytał dla pewności.
-Bardzo.- rzuciła ironicznie szatynka. Ten tylko pokiwał głową.
-Okej, teraz będę wiedział, że mogę cię okładać mocniej.- jak postanowił tak i zrobił.
  Zabawa była przednia. Choć byli we Włoszech ledwie miesiąc szatynka zdążyła zapomnieć się stało w rodzinnym mieście. Ojciec eona zachowuje co do Castillo dystans, ale stara się ją lubić.


***

-Masz coś konkretnego na myśli?- zapytał Włoch idąc przed siebie nie patrząc na Verdasa. Leon chicho westchnął.
-Jeszcze tak naprawdę nie wiem. Ale ta impreza mnie w ogóle nie interesuje. Chodzi mi co się stanie później.- powiedział szatyn patrząc na kamyki pod nogami. Na te słowa brunet gwałtownie się zatrzymał. Szatyn spojrzał na niego zdziwiony.
-No a ty tylko o jednym?- zdziwił się Federico.-Ona dopiero skończy te 18 lat, a ty ją do łóżka chcesz zaciągnąć. No pomyśl.- zaczął go besztać. Leon przewrócił oczami,
-Nie o to mi chodziło. Po prostu chce czegoś więcej...- powiedział ostrożnie dobierając słowa.
-Seksu.- dokończył brunet kiwając głową. Szatyn z piorunował go wzorkiem.
-Ty naprawdę jesteś nie poważny.- powiedział oburzony Verdas.
-No sorry, tak to wszystko wygląda.- zaczął się bronić. Meksykanin pokręcił niedowierzanie głową.-No co?- podniósł lekko do góry ręce.
-Nic, zupełnie nic.- burknął bez sił szatyn.-Idziesz?- zapytał odwracając się tyłem do kompana.
-Tak jasne. A tak w ogóle to gdzie idziemy?- zaptał ciekawski Włoch.
  Fede już taki był. Troszeczkę nie równo miał pod sufitem, ale to najlepszy przyjaciel Leona. Zanli się od zawsze. No może i dzieliła ich ogromna suma kilometrów, ale podtrzymywali stały kontakt.
-Przejść, przemyśleć, przewietrzyć.- zaczął wymieniać spokojnie. Włoch pokiwał głową i dalej szli w ciszy.
  Byli już w tak gdzieś środku nie wielkiego lasku znajdującego się nieopodal domu Leona i Violi.
Nagle usłyszeli za sobą korki. Obaj automatycznie się zatrzymali i zesztywnieli. Dziewczyny chłopaków nie lubił się tu zapuszczać, a nikt inny tak naprawdę nie znał tej dróżki.
-Witajcie.- usłyszeli za sobą jakiś nie znany im dotąd głos. Męski głos. Meksykanin i Włoch powoli zaczęli się odwracać. Tam zobaczyli trzech ubranych na czarno mężczyzn. Byli bardzo postawni. Coś w stylu ojca Leon i Chrisa. Verdas zacisnął zęby. Groziło im niebezpieczeństwo i to niemałe.
-Czego chcecie.- jako pierwszy odezwał się Federico. Mężczyzna stojący po środku się zaśmiał.
-Jesteśmy tu za rozkazem Germana. - powiedział lustrując Leona od stóp do głowy. Szatyn zacisnął jeszcze bardziej szczękę."Wpadliśmy" pomyślał.
-Leon, wiesz dlaczego to robimy, ale troszkę się boję, bo miałem do czynienia z twoim ojcem, ale czego się nie robi dla dobrych pieniędzy. Mam nadzieję, że wybaczycie nam.- powiedział nonszalandzko.
  Nagle chłopaki usłyszeli kroki, lecz a sobą. Nie zdążyli się odwrócić. Jacyś dwaj mężczyźni złapali ich za gardła przyciskając do siebie. Szatyn i brunet zaczęli wierzgać, ale po kilku sekundach poczuli jakieś ukucie w szyi. W ułamku minuty przyjaciołom zaczęło drętwieć ciało, a oczy się zamykać. Po nie całych 3 sekundach Leon i Fede byli już nie przytomni. 
-Zabierzcie ich stąd- rozkazał mężczyzna, który nie dawno rozmawiał z chłopakami.


***

-Ej, Violu, co oni tak długo nie wracają.- powiedział Ludmiła zerkając na zegarek. Violetta spojrzała na nią i zacisnęła usta.
-Nie wiem.- burknęła szatynka.-Zaraz zadzwonię do Leona.- rzuciła Castillo zgarniając telefon z stoliku. Wybrała jego numer. Od razu włączyła się sekretarka."Coś nie ta" pomyślała.-Sekretarka- powiedział zrezygnowana dziewczyna.Zapadła cisza, ale po kilu sekundach przerwał ją gwałtowne otwieranie drzwi,a potem głośny trzask. Do kuchni wparował Christopher. Zlustrował wzrokiem dziewczyny.
-Gdzie jest Leon.- warknął. Był wściekły. Violetta prychnęła.
-No może najpierw cześć.- powiedział oburzona szatynka.
-Słuchaj, możliwe, że Leonowi i temu Fede grozi śmiertelne zagrożenie, więc mi tu nie wytykaj manier.- wręcz krzyknął poirytowany brunet. Violetta zatkało.
-Co takiego?- zapytała przestraszona szatynka.
Porwali go ludzie twojego ojca.- warknął Christopher opierając się rękoma o blat.
-Ale dlaczego?- pisnęła przerażona blondynka. Verdas zacisnął usta i zaczął głęboko oddychać.
-Zemsty. Nie sądzę, żeby robili coś Włochowi, ale nad Leonem się nie po litują..- powiedział drżącym głosem. Vioettcie do oczu zaczął się cisnął łzy. Chciał się obudzić jak zawsze przytulona w twardą klatkę piersiową ukochanego.
-Co robimy?- zapytała łamiącym się głosem. Chris spojrzał na dziewczyny i pokręcił głową.
-Informatycy próbują go namierzyć.- był tak samo załamany jak Violetta. Szatynka nie mogła patrzeć na niego. To był taki widok, że po prostu serce ściskało. Ale Castillo nie podejrzewała, że to co grozi Leonowi jest tak bardzo śmiercionośne. nawet tego sobie nie wyobrażała co się dzieje z jej ukochanym, ale Chris był tego świadomy. I choć nie mieli dobrych stosunków bardzo go to dobijało. To przecież młodszy braciszek. Nie zmieni już tego i nie zmieni uczucia, które ich łączy. Może ono jest słabe i prawie niewidzialne, ale i tak mają tą samą krew i urodziła ich ta sama matka.
  Violetta podeszła i mocno przytuliła bruneta. Ten nie protestował tylko jeszcze mocniej się w nią wtulił. Tą chwilę przerwał dzwoniący telefon Verdasa. Szybko odsunął się od dziewczyny i odebrał połączenie.
-Tak?... Aha... Dobra już jedziemy.- rzucił i rozłączył się. Dziewczyny patrzyły na niego wy czekiwując newsów.
-Wiemy gdzie on jest Jedziemy.- rzucił szybko i wybiegł z mieszkania a za nim i dwie młode dziewczyny.


***

  Dziewczyna podniosła głowę do góry. Słyszała tylko pikanie maszyny i własny oddech. Była w szpitalu. Siedział przy łóżku jej ukochanego. Trzymała go za rękę i prosiła żeby on wyzdrowiał. Obudził się, przeżył...
  Ale to co wrogowie mu zrobili nie było takich słów...
  Młody silny chłopak, porwany, pobity aż do nie przytomności i jeszcze do jego organizmu zostały wpuszczone jakąś truciznę. Gdy go znaleźli był u kresu. Jeszcze minute dwie by tak tam pozostał nie byłaby potrzebna nadzieja, która nie opuszcza jeszcze nikogo. Tak jak wspomniał brat Leona Federico wyszedł bez szwanku. Ale nie powiemy tego o szatynie.
  Violetta kurczowo trzymała rękę ukochanego i starła odgonić wszystkie wspomnienia, wszystkie bolesne i okrutne sceny. Cholernie się bała o Leona. Nie ob chodziło jej to, że jej rodzice nie żyję, że nie ma żadnych bliskich przyjaciół. Jeżeli by to wszystko miała, a znajdowała by się w takiej sytuacji jak bi wszystko oddała, byle by on żył. Był przy niej.
  Nie może odgonić od siebie kilka wspomnień. Jak prawie żywego Leona podtrzymują jacyś dwaj mężczyźni, a on walczy by nie zamknąć oczu. Jak osuwa się... Jak szepcze ostatnie słowa do swojej ukochanej. Castillo na te wspomnienia zaczyna cicho szlochać.
  Kładzie głowę na jego łóżku i modli się by przeżył.
  Siedzi tak już dobre 4 godziny i nie chce go zostawić. Nagle do sali wchodzi lekarz i tata szatyna. Ignoruje ich. Obaj patrzą na nią z współczuciem. Jako pierwszy odzywa się lekarz.
-Kochana, słuchaj Leon to bardzo silny i młody chłopak. Jego organizm zwalczy tą truciznę. Nie martw się.- powiedział pocieszając dziewczynę, ale ta wciąż milczy. Tak jest już od kilku godzin. Albo nic nie mówi i wszystkich ignoruje, albo nie może poradzić sobie z płaczem.
  Lekarz mówi jeszcze coś do Daniela, a potem wychodzi. Verdas przygląda się chwilę, a potem odważył się podejść do dziewczyny. Podsuwa krzesło do łóżka i siada na nim.
-Violu, słuchaj...- urywa się. Nie wie co ma powiedzieć. Dziewczynie znowu zaczynają lecieć łzy.
-Nie proszę nie płacz. Spójrz na mnie.- rozkazuje jej łagodnym tonem. Castillo go ignoruje. Verdas kręci głową i chwyta ją stanowczo za łokieć tak by odwróciła się w jego stronę. Violetta patrzy na niego z łzami w oczach. Daniel szybko się podnosi tym samym ciągnąc za sobą szatynkę. Nie czekając ani minuty dłużej przytula ją. Dziewczyna jest bardzo zdziwiona, ale odwzajemnia uścisk.
-Nie martw się wszystko będzie dobrze...


***

Życie to nie bajka... Nie zawsze są szczęśliwe zakończenia, ale tej parze to się udało. Wytrwali nadal zakochani i silni uczuciowo. Szatyn wyzdrowiał i wrócił do dawnego życia.
Nie którzy by pomyśleli, że przestał zabijać. Nie nie zrobił tego. Jeszcze bardziej zaczął ćwiczyć,a w raz z nim jego ukochana. Obaj stali się tym kim nie powinni, ale im z tym dobrze.
Mają ogromną nadzieję, że ich syn też kiedyś podąży ich śladami.
Nie będę wnikała w szczegóły, ale wszystko skończyła się dobrze. Nawet bardzo dobrze


***

Ojej, ojej, ojej
Koniec taki umęczony, że szok
Ale jest 
Wreszcie dokończyłam
Chce ogromnie podziękować Loxis Loves za napisanie początku (to lepsze to jej)
Zmusiłam siebie by to napisać dzisiaj, bo jurto wyjeżdżam, a wracam we wtorek
Przepraszam za błędy
A i chciałam wam zrobić niespodziankę na 5000 wejść, ale nie zdążę, więc musicie czekać na następną dużą sumę
Pozdrawiam
Lucyy


niedziela, 26 października 2014

One Shot: Zadanie część 4


OS dedykuję Neci, która zawsze czyta, nigdy nie komentuje :)) XD


Violetta obudziła się wtulona w klatkę piersiową ukochanego. Na samą myśli, o tym co się zdarzyło się wczorajszej nocy szeroko się uśmiechnęła. Leon jeszcze słodko spał. Dziewczyna pierwszy raz w życiu widzi tak słodki widok. Jej ukochany, taki niewinny i do tego nagi śpi koło niej.
W tej chwili nic jej nie obchodziło. Nie myślała, o tym jak będzie kiedy wróci do domu. No przecież, żeby spędzić tą noc razem z Leonem musiała uciec z domu. Dobrze wie, że jej rodzice odchodzą od zmysłów, lecz nie ruszało jej to w ogóle. Żyła chwilą... Wspaniałą chwilą.
Po nie całych 10 minutach chłopak zaczął słodko marszczyć nosek. Inaczej budzi się jej książę. Gdy otworzył oczy spojrzał na nią. Pierwsze co pomyślał to co ona tu robi, ale potem przypomniało mu się wszystko i szeroko się uśmiechnął.
-Hej misiu.- szepnął całując ją w usta na powitanie. Jego głos był nadal zaspany. Ten dźwięk bardzo spodobał się szatynce.
-Hej. Jak się spało?- zapytała z uśmiechem na twarzy. Jeszcze nigdy tak się nie czuła. Od tej chwili codziennie chce tak się budzić. Tylko jest jeden problem. Ona jest jeszcze niepełnoletnia... No i oczywiście sprawa Leona.
-Jak nigdy dotąd.- powiedział pocierając nosem jej policzek. Ta na ten gest się zarumieniła i jeszcze szerzej się uśmiechnęła.
-Ja też. Już zawsze chce budzić się koło ciebie.- wyznała z szczęście w głosie i wtuliła się jeszcze mocniej w chłopaka. Na te słowa chłopak posmutniał, lecz nie chciał pokazać tego swojej ukochanej Po prostu nie mógł...
-Wstajemy?- chciał zmienić temat. Szatynka ciężko westchnęła i poluzowała uścisk, którym była przytulona do Verdasa.
-Tak jasne, idziemy.- powiedziała wstając.- Ciekawe co moi rodzice powiedzą, gdy wrócę do domu.- zaśmiała się dziewczyna.
-No na pewno będą szczęśliwi, że ich jeszcze niepełnoletnia córka przespała się z chłopakiem, o którym nawet nie mieli pojęcie.- powiedział spokojnie Leon zapinając pasek od spodni. Violetta spojrzała na niego spodem łba i pokręciła z niedowierzanie głową.
-Okej, wyobraźmy sobie, że to ty jesteś na miejscu mojego taty, co byś zrobił?- zapytała dziewczyna po części ubrana, to znaczy miała na sobie tylko koszule Leona. Szatyn podniósł lekko głowę do góry i zaczął myśleć.
-Po pierwsze nie zabraniał bym jej chodzić do chłopaków, po drugie byłbym dobrym tatą, który na wszystko pozwala.- powiedział patrząc z spokojem na dziewczynę stojącą na przeciwko. Nagle coś mu się przypomniało. -A i nie chce mieć dzieci.- powiedział i skierował się w stronę drzwi. Odpowiedz chłopaka zdziwiła szatynkę.
-W ogóle nie chcesz ich mieć?- zaciekawiła się Violetta podążając za swoim chłopakiem. Na to pytanie Leon stanął i obrócił się tak by popatrzeć na ukochaną. Ciężko westchnął. Dziewczyna nadal wpatrywała się w niego. Chciała wyczytać coś z jego twarzy. Jedynie co widziała to lekką irytację i znudzenie.
-Kiedyś to może, ale nie teraz. Mam ledwie 22 lata.- powiedział i pocałował dziewczynę w policzek. Ta tylko się uśmiechnęła.- Idziemy coś zjeść?- zapytał z nadzieją w głosie. Młoda szatynka lekko się zaśmiała i pokiwała twierdząco głową. Była bardzo głodna. Z resztą tak samo jak szatyn.
Leon chwycił Violettę za rękę i podążyli schodami w dół, a następnie weszli do kuchni.
Razem zaczęli przygotowywać śniadanie. Co jakiś czas posyłali sobie uśmiech i pełne miłości spojrzenie. Razem czuli się naprawdę swobodnie, choć byli razem nie długo.
Gdy śniadanie było gotowe Leon zaczął nakrywać do stołu. Nie trwało to długo. Kilka minut później siedzieli i jedli razem przygotowane poranne jedzenie.
Violetta wiedziała, że będzie musiała wrócić do domu, bo nie jest jeszcze pełnoletnia, a jej ojciec mógłby oskarżyć Verdas o porwanie, a nawet może i gwałt. No tak, puki nie ma tych 18 lat nic nie może robić.
Tą przyjemną ciszę między parą przerwał dzwoniący telefon chłopaka. Spojrzał na wyświetlacz "Chris". Odrzucił połączenie z myślą, że oddzwoni mu później. Na pewno będzie ciekawy jak młodszy brat radzi sobie z zadaniem.
-Nie odbierzesz?- zdziwiła się Violetta połykają sok pomarańczowy. Chłopak spojrzał na nią i lekko się uśmiechnął.
-To tylko Christopher. Potem mu oddzwonię.- powiedział odkładając telefon na stół. Dziewczyna na odpowiedz pokiwał głową i kończyła jeść swój posiłek.
Gdy talerze były puste, obaj zaczęli sprzątać po sobie. Gdy kuchnia była w miarę posprzątana, córka komendanta oparła się o blat i lekko przechyliła głowę, tym samym odkrywając swoją szyję.
 Leon przyglądając się temu nie chciał uwierzyć, że może ją zabić. Wyglądała tak pięknie, tak niewinnie. Ona nic mu nie zrobiła. Pomijając to, że skradła mu serce. Był na 100% pewny, że tego nie zrobi, ani nikomu innemu nie pozwoli jej choć by dotknąć.
-Violu, może ja pójdę się umyć, a potem odwiozę cię do domu. Zgoda?- zapytał nie pewnie Verdas nadal przyglądają się dziewczynie. Ona spojrzała na niego z lekkim uśmiechem i pokiwała głową. Chłopak podszedł do niej bliżej. Ręce położył na blacie, tak żeby dziewczyna nie miała szansy uciec, oczywiście gdy by tylko chciała. Leon tylko się zbliżył, a w jej brzuchu szalało tornado motylków, które chciały wydostać się na wolność. Verdas spojrzał ukochanej głęboko w oczy i mimowolnie się uśmiechnął. Ich usta dzieliły milimetry. Wystarczyło by, żeby dziewczyna lekko wysunęła wargi do przodu a dotknęła nimi chłopaka.
-Kocham cię- szepnął w prost do jej ust. Jego ton był przepełniony miłością i szczęściem. Na te słowa dziewczynie zrobiło się cholernie gorąco. Nie wiedziała co ze sobą zrobić.
-Ja ciebie też kocham.- powiedział pewna swoich słów. Szatyn złączył ich usta w gorącym i pełnym miłości pocałunku. Nie był to długi pocałunek, ale im to wystarczyło. Leon odsunął się od  dziewczyny i powoli kierował się w stronę schodów. Dziewczyna nić nie mogła z siebie wydusić. Nie mogła się poruszyć. Nadal czuła te ciepłe i miękkie usta ukochanego.
Po jakimś czasie ochłonęła i podążyła do sypialni chłopaka. Prędziutko się przebrała i poszła czekać w salonie na swojego księcia.
Tak siedząc i czekając usłyszała dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Odwróciła głowę w tą stronę. Zobaczyła tam młodego, dobrze zbudowanego chłopaka. Był podobny do Leona "Pewnie to jego brat" pomyślała. Już chciała się przywitać, lecz brunet zaczął pierwszy.
-Leon!- krzyknął dość głośno. Zero reakcji.- Leon, gdzie jesteś?!-krzyknął kierując się w stronę kuchni. Tam niczego nie znalazł więc poszedł do salonu.- Leon, już ją załatwiłeś. Jak nie chcesz jej zabijać, to ojciec mówił, że nie...-urwało mu się kiedy w salonie zobaczył piękną szatynkę. Ona wpatrywała się w niego  z niedowierzaniem. Chris zacisnął zęby. Oboje milczeli przez jakiś czas. Violetta nie mogła znieść tej ciszy więc otworzyła usta i zaczęła mówić.
-Cco powiedziałeś?- zapytała szeptem nie dowierzając - "Zabić", czy ja dobrze usłyszałam?- wciąż szeptała. "To chyba jakiś sen" pomyślała.
Christopher stał i wpatrywał się w szatynkę. W ogóle nie spodziewał się, że ona tutaj będzie. Nie miał pojęcia co ma zrobić "Leon musi szybko tu zejść" pomyślał gapiąc się w piękną dziewczynę.
-Leon możesz się pośpieszyć?- krzyknął patrząc na Violettę.
Córka komendanta była w szoku, bała się. Po słowach bruneta zaniemówiła, lecz chciała wiedzieć więcej na ten temat. No przecież nie zawsze słyszy się, że jej ukochany chce ją zabić. "Może to sen?" pomyślała szatynka. "Tak, tak, to na pewno tylko głupi i nierealny sen" przekonywała się w myślach.
Cisze, która panowała między tą dwójką przerwał odgłos kroków. "Leon idzie" pomyśleli w tym samym czasie. Odgłos kroków stawał się co raz głośniejszy, a potem w salonie pojawił się już czysty i uśmiechnięty szatyn.
-Hej no co tam?- rzucił z uśmiechem do brata, lecz gdy zobaczył poważne miny Violetty i Chrisa, banan spadł mu z ust. -Coś się stało...- zaczął niepewnie patrząc raz na brata, a następnie na ukochaną dziewczynę.
Christopher nie myślał dłużej. Postanowił działać.
-Zrobisz to sam, czy ja mam to zakończyć?- zapytał stanowczym głosem przenosząc wzrok na szatyna. Młodszy Verdas od razu zrozumiał, o co chodzi bratu. Nie chciał tego robić, nie mógł...
-Cco zrobić?- zapytała ledwie słyszalnym głosem dziewczyna. Nie wiedziała o co chodzi. Patrzyła raz na jednego, raz na drugiego. Bała się. Bała się jak nigdy dotąd.
-Decyduj.- rzucił chłodno brunet, nie spuszczając oczu z młodszego brata. Leon wpatrywał się w jakiś punkt przed siebie. Myślał co zrobić. Jak się zachować. Nie był pewny, choć wiedział jedno, nie pozwoli, żeby Violetcie stała się krzywda.
Chris nie mógł czekać dłużej. Sam podjął decyzję. Zrobi to teraz, bo innej takiej szansy nie będzie. Wziął głęboki wdech i położył dłoń na nożu, który był przytwierdzony do paska od spodni. Ani Leon, ni Violetta przedtem nie zauważyli ostrego narzędzia. Na ten ruch szatyn odwrócił głowę i z strachem w oczach wpatrywał się w brata. Brunet zrobił krok do przodu, a Leonowi tak samo jak szatynce serce podskoczyło do gardła. Młodszy Verdas nie mógł stracić ani minuty dłużej, ponieważ jego bat jest szybki i nie przewidywalny.
-Nie, proszę!- krzyknął z bólem i strachem w głosie. Stanął pomiędzy ukochaną, a bratem. Starszego chłopaka bardzo zaskoczył czyn brata.
-Leon, co ty odwalasz?- zapytał z irytacją. -Przecież tak naprawdę to ty musiałeś ją zabić, ale jak widać jesteś słaby. Słaby nie dlatego, że nie chcesz tego zrobić, a słaby, ponieważ się zakochałeś.- grożnie warknął Chris i zrobił jeszcze kilka kroków. Tym samym stanął twarzą w twarz z Leonem.. Był gotów na wszystko. -Odsuń się, jeżeli nie to będę musiał to zrobić siłą. Nie powstrzymasz mnie.- i znowu. Ton jego głosu był tak lodowaty i nieprzyjemny, że aż ciarki przechodzą.
Córka komendanta policji stała w bezruchu. Bała się ruszyć choć palcem. Nawet mrugnąć się bała. W ogóle nie miała co tu się dzieje, lecz wiedział jedno, musiała jak najszybciej stąd zniknąć.
-Leon, odsuń się, bo inacz...- nie zdążył dokończyć, ponieważ do salonu szatyna wszedł sam ojciec dwóch braci. Podszedł troszeczkę bliżej i stanął nie opodal Christophera. Wszystkich obecnych oczy zwróciły się na niego. Violetta na sam jego widok się skuliła. Już wiedziała, że gdyby ją dorwał to zakończyło by się nie fajnie...
-Christopher, spokojnie. Jeszcze nie teraz.- powiedział spokojnym i lodowatym głosem. Na sam jego głos Violetcie włos na plecach się jeży. Bała się go jeszcze bardziej niż Chrisa. Starszy brunet spojrzał na Castillo okropnym spojrzeniem. Pełnym nienawiści. On by to teraz jeszcze zrobił. Zabił by ją, ale kiedy zobaczył najmłodszego syna, uspokoił się troszeczkę. -Idziemy.- rzucił chłodno i odwrócił się w stronę drzwi. Nie minęło kilka minut, a starszego Verdasa nie było w pomieszczeniu.
Christopher spojrzał na Violettę z wrogością wymalowaną na twarzy i podążył w ślady swojego ojca.
-Violu, ja ci to wszy...- zaczął Leon, lecz szatynka nie chciał tego słuchać.
-Nie, oszukałeś mnie. Uwiodłeś...- szeptała dziewczyna. Nie chciała się rozpłakać. Pokazać jak bardzo się boi i jak bardzo jest słaba.-Tylko powiedz mi jedno. Chciałeś mnie zabić, prawda?- zapytała cichym, łamiącym się głosem. Leon bardzo bał się tego pytania. Wiedział, że kiedyś to zada. Nie chciał jej stracić. Za bardzo ważną osobę pełniła mu w życiu. Zacisnął usta w cienką linię i wziął głęboki wdech. Szatynka nie mogła w to uwierzyć. Pokiwała z rozpaczą głową i spuściła głowę. Nie wytrzymała. Łzy poleciały po czerwonych policzkach. -Nie wierzę, że mogłeś coś takiego zrobić, kochałam cię, a teraz nienawidzę.- powiedziała i w końcu rozpłakała się jak małe dziecko Na ten widok serce Leona krwawiło. I to wszystko jego wina.
-Violu, proszę nie płacz.- szepnął i chciał ją przytulić, lecz ta szybko się wyrwała. Spojrzała na niego z oczami pełnymi łez i nienawiści. Pokręciła głową i jak najszybciej wybiegła z domu szatyna.

***

Przez całą drogę do domu płakała gorzkimi łzami. Nie wiedziała, że to może tak bardzo boleć. "Jak on mógł tak postąpić" zadawała sobie to pytanie przez całą drogę. Gdy była niedaleko swojego domu zaczęła biec. Chciała jak najszybciej znaleść się w swoim pokoju. Do budynku wbiegła jak burza. Nie mogła przestać płakać. Za bardzo on ją skrzywdził. Szybko podążyła w stronę schodów. Nagle usłyszała głos swojej rodzicielki.
-Violetta! Boże gdzieś ty była?!- krzyknęła i ciemnowłosa kobieta podbiegła do swojej córki by ją przytulić. Dziewczyna bez żadnych sprzeciwów przytuliła matkę.-Jak mogłaś uciec?!- pytała we włosy szatynki.
-Przepraszam cię, mamo.- powiedziała łamiącym się głosem. Na ten dźwięk Maria szybko się odsunęła i popatrzyła na Violettę.
-Co się stało?- zapytała zmartwionym głosem. Violetcie na samo wspomnienie o tym co się stało w domu Verdasa w gardle powstaje ogromna gula, a do oczu napływają słone łzy. Pokręciła głową i starała powstrzymać cisnące się do oczu łzy.
-Nic.- bąknęła cicho unikając oczu matki.
-Violetta, powiedz co się stało.- warknęła ciemnowłosa kobieta, nadal wpatrując się w młodą dziewczynę. Castillo ciężko oddychała. Wiedziała, że musi jej to powiedzieć, ponieważ nie puści jej tak po prostu. Podniosła głowę do góry i spojrzała spuchniętymi oczami na zmartwioną Marie.Wzięła głęboki wdech i otworzyła powoli usta, lecz nie dane jej było się wysłowić, ponieważ do mieszkania wparował wściekły German. Gdy zobaczył swoją córkę z jednej strony kamień spadł mu z serca a z drugiej jeszcze bardziej się denerwował.
-No młoda damo, masz szlaban do końca twojego życia!- krzyknął wkurzony policjant. Gdy usłyszała ton ojca, już nie mogła powstrzymać łez i rozpłakała się na dobre.
-Opanuj się.- szepnęła kobieta do swojego męża. Chciała przytulić córkę, lecz ta wyrwała się jej i pobiegła do swojego pokoju. Nie chciała nikogo więcej widzieć. Była w rozsypce. Zamknęła z sobą drzwi i rzuciła się z łzami na na łóżko. Twarz wtuliła w poduszkę i płakała gorzkimi, pełnymi bólu i rozpaczy łzami. nie mogła zrozumieć jak mógł tak postąpić. On był pierwszą miłością. Szczerą, pierwszą miłością...

***

Leżała tak gdzieś 2 godziny. Płakała. Jej serce było złamane. Jeszcze nigdy tak się nieczuła i nawet nie wyobrażała sobie, że takie uczucie jest. Nie chciała z nikim rozmawiać. Rodzice ani razu nie byli sprawdzić jak się czuje. Tak naprawdę był jej to na rękę. Nie musiała wysłuchiwać kazań z ich strony i nie musiała się nikomu zwierzać.Ciężko westchnęła.
Nagle usłyszała jak  drzwi gwałtownie się otwierają i ktoś pewnym krokiem wchodzi do jej pokoju.Wiedziała, że to nikt z jej rodziny, dlatego bo zawsze przed wejściem do pokoju pukają. Przewróciła się na plecy i zobaczyła, że koło jej łóżka stoi jakiś mężczyzna w czarnych spodniach i skórzanej kurtce. Gdy przyjrzała się mu lepiej poznała go. To był Christopher. "Ale co on robi w moim domu?" szybko zadała sobie w głowie pytanie.W mgnieniu oka przeniosła się do pozycji siedzącej .Brunet tylko uśmiechnął się szeroko i usiadł koło niej.
-No. To co idziemy na dół? Ciekawe co tam twoi rodzice robią.- powiedział kpiącym głosem. Podniósł się z wygodnego łóżka dziewczyny i chwycił ją za łokieć. Szarpnął mocno tak by ta stanęła. Nie patrząc na nią skierował się do drzwi. Ciągnął ją za łokieć całą drogę. Puścił gdy znaleźli się w salonie. Gdy zobaczyła kto tam się znajduje zamarła.Przed nią stali jacyś dwaj nieznani jej dotąd mężczyźni. Oni bardzo mocno trzymali rodziców szatynki, którzy próbowali im się wyrwać, lecz to było na marne. Nieopodal ich stał ojciec jej ukochanego, a troszeczkę dalej zobaczyła Leona. Był cały blady.
-Violu, bardzo dobrze, że zeszłaś.- powiedział najstarszy Verdas. -Będziesz mogła posłuchać, o co tu chodzi. I mam nadzieję, że to twój tatuś to wszystko wyjaśni.- powiedział kpiącym głosem.
"Co? O czym on mówi" Violetta nic nie rozumiała. Patrzyła wystraszonym wzrokiem raz na szefa raz na rodziców. W ogóle nie chciała spojrzeć na przystojnego szatyna. On sam widział, że dziewczyna unika jego spojrzenia, dlatego jego serce jeszcze bardziej się ściskało.- No German, powiedz jak to było.- tata Leona i Chrisa zwrócił się do policjanta.
-Ale ja nie wiem o co cho...- Mężczyzna chciał się bronić, lecz Verdas nie znosił się cackać.
-Słuchaj, powiedz jaka jest prawda, albo inaczej sobie porozmawiamy.- ostro warknął brunet. Tata Violetty głośno nabrał do płuc powietrza i popatrzył na swoją żonę, która miała spuszczoną głowę. Wiedziała o co chodzi Verdasowi. Bardzo dobrze wiedziała i bała się tego dnia, gdyż spodziewała się tego.-Maria, może ty się wysłowisz.- teraz popatrzył na ciemnowłosą kobietę. On podniosła do góry głowę i popatrzyła na niego z wrogością.
-Okej, sami tego chcieliście.- rzucił lodowatym tonem odwracając się i groźnie patrząc na Violettę. Leonowi aż serce podskoczyło do gardła. Chciał błagać by nie robił jej krzywdy, ale tak by pokazał swoją słabość. Verdas podszedł do młodej Castilloi uśmiechnął się kpiąco. Wyciągnął rękę i lekko pogłaskał ją po policzku. Gdy on dotknął jej skóry, poczuł zimne dreszcze na plecach. Bardzo się bała. Nie miała pojęcia, co tata ukochanego chce jej zrobić
Opuścił dłoń Odwrócił głowę i popatrzył na rodziców dziewczyny.
-Mam kontyniuować?- zapytał dla pewności.Oni nadali milczeli.- Na wasze życzenie.- bąknął i bardzo mocno chwili młodą Castillo z łokieć i gwałtownie szarpnął. Na skutek tego Violetta bezsilnie opadła na ziemię. Najmłodszy Verdas w środku aż rwał się by ratować ukochaną. Tata szatyna kontem oka bacznie go obserwował. Dobrze znał zachowanie syna. Podniósł lekko rękę tak by on się uspokoił. Na ten gest bracia zdziwili się, gdyż u nich taki gest to znaczy, że nie tknie ofiary.Tak jak by...Cicho nabrał powietrza do płuc i lekko podniósł rękę do góry, tak jak by chciał ją uderzyć. Rodzice ofiary Verdasa byli pewni, że ją uderzy dlatego Maria podjęła szybką decyzją.
-Proszę, nie. Powiem co wtedy się stało. Tylko zostaw ją.- błagał ciemnowłosa kobieta. Mężczyzna triumfalnie się uśmiechnął i odwrócił się do pary Castillo.
-No więc słucham.- powiedział zachęcająco. Żona komendanta ciężko westchnęła.-No więc on...- pokazała głową na ojca Leona i Chrisa.-...wie całą prawdę, ale musimy waszej trójce wszystko wyjaśnić.- powiedziała z spuszczoną głową.
-Mianowicie co?- zapytał lekko zdziwiony Christopher.
-Ta sprawa dotyczy waszej matki.- tym razem odezwał się German.-Tak samo ja Daniel (od aut. imię ojca Leona i Chrisa, a i proszę akcentować na "ie" :D)była profesjonalną zabójczynią. Była w tym świetna. Zawsze pracowaliśmy we trójkę. To znaczy on, on i ja.- i znowu wskazał na wkurzonego Verdasa. Wszyscy wpatrywali się w niego z niedowierzaniem.-No i przyznam, była naprawdę piękną kobietą. Każdy za nią szalał, ale ona wybrała innego. To znaczy Daniela. Nie mogłem im tego wybaczyć Byłem na nich taki wściekły. Kiedy urodziła pierwszy raz postanowiłem jeszcze zaczekać, ale kiedy drugi nie wytrzymałem. - powiedział głosem pełnym udręki. Najstarszy Verdas aż się gotował.
-Wykorzystałeś ją i zabiłeś.- w jego głosie było słychać nienawiść i wstręt. Był tak wkurzone, że rozszarpał by ich na miejscu.
-Wiem to, ale teraz tego żałuję bardzo żałuję.- rzucił policjant.
-Nie przywrócisz mi jej tym twoim "żałuję".- warknął Daniel.-Leon wyprowadź ją stąd, jak nie chcesz, żeby coś jej się stało.- powiedział przez zaciśnięte zęby.
Wszyscy stali i wpatrywali się z szokiem wymalowanym na twarzach. Bracia myśleli, że ich matka zginęła w wypadu, ale ojciec ukrył prawdę. Obaj rozumieli dlaczego to zrobił. Violetta nie mogła uwierzyć, że jej ojciec mógł by tak postąpić. Przecież był takim dobrym i życzliwym człowiekiem.
-Leon!- krzyknął poirytowany mężczyzna. W tym momencie szatyn się odcknął i szybko podbiegł do ukochanie. Chwycił mocno za ramiona, podciągnął do góry i lekko przytulił. On tylko się w niego wtuliła i zaczęła cicho szlochać. Verdas wziął ją na ręce i wyniósł z domu, żeby nie widział tego czego nie musi.

***

No proszę i mamy 4 część OS-u
Spodziewałam się, że będą tylko 4,ale wychodzi na to, że więcej.
Dziękuję bardzo z komentarze pod ostatnim postem.
W następnej części odsłonie jeszcze kilka tajemnic...
Przepraszam, że tak późno
Miała zaplanowane, że napisze wszystko jutro i opublikuję.
No ale tata wcześniej wrócił z polowania, dlatego pojechaliśmy do wujka, a wróciliśmy o północy
Okej nie przeciągam i czekam na komentarze
Pozdrawiam
Lucyy
PS: Przepraszam za błędy składniowe
Na co dzień mówię innym językiem, więc czasami trudno dobrze ułożyć zdanie xD

sobota, 18 października 2014

One Shot: Zadanie część 3



Tą część OS-u dedykuję Sky V.




Uczucie, które Violetta i Leon darzą się jest niewiarygodnie silne. Kochają się. Bez siebie nie mogą normalnie funkcjonować. Obaj jeszcze nigdy nie czuli się tak wypełnieni miłością. Nie wyobrażają bez siebie życia. Tylko Leon po nocach nie może spać. Myśli jak ma się wyplątać z tego wszystkiego. Kocha, cholernie kocha córkę komendanta, a z drugiej strony nie chce ojcu zrobić czegoś takiego. Powierzył mu zadanie i jest przekonany, że jego syn podoła mu. Szatyn nikogo nie chce zawieść. Jednaj nocy wymyślił, że najlepiej by było dla obu stron, jak by zniknął z tego świata. Lecz później uświadomił sobie, że to największa głupota świata i jakby tak postąpił był by po prostu tchurzem. Nie miał pojęcia co ma uczynić.
Tak samo się zastanawiał dlaczego ojciec tak pragnie śmierci tej nie winnej dziewczyny. Jeszcze nigdy nie działał tak. No okej, jej tata chce go złapać i zamknąć, ale jeszcze nigdy nie posunął się do tego by rozbijać rodzinę wroga. Może i był okrutny, bezwzględny, ale był człowiekiem i nigdy nie krzywdzi kobiet i dzieci. To jego żelazna zasada. Ale co mu strzeliło do głowy z takim planem. Na pewno nie stoi za tym tylko to, że Pan Castillo chce go złapać. Tylko co...
Takie przemyślenia i pytania dobijały Leona od dłuższego czasu. nie wiedział co ma zrobić. Wypełnić zadanie czy wyjść na tchurza...Nagle jego przemyślenia przerwał głos ojca szatyna.
-Leon, ty w ogóle mnie słuchasz?- zapytał lekko zirytowany mężczyzna. Leon szybko podniósł wzrok i spojrzał zdziwiony na niego.
-Co...? zapytał zdezorientowany. Był za bardzo zamyślony. Starszy Verdas ciężko westchnął w wstał z swojego skórzanego fotelu przed dużym, ciemnym biurku, stojącym w gabinecie.
-Co się z tobą dzieje?- zapytał zapytał spokojnie tata Leona.- Od jakiegoś czasu nie można się z tobą skontaktować, choć stoi się przed tobą.-powiedział kierując się do okna, Za tym oknem była przepiękna panorama miasta. Szatyn ciężko westchnął nie wiedział co powiedzieć. Jednak musi wreszcie zapytać jaka jest prawda. Dlaczego on musi ją zabić?
-Sam tego nie wiem...- westchnął szatyna.- Tato muszę cię o coś zapytać.-powiedział poważnie wpatrując się w dobrze zbudowaną sylwetkę swojego ojca, który w tym momencie był odwrócony do niego plecami. Starszy mężczyzna odwrócił się w stronę syna i spojrzał na niego pytająco. Podniósł pytająco brew i  z powrotem wrócił na swoje poprzednie miejsce.
-Słucham.- rzucił zachęcająco. Oparł się o oparcie skórzanego fotelu. Chłopak szatynki wziął głęboki wdech i spuścił głowę, by z powrotem podnieść ją tylko tym razem z przekonaniem w oczach.
-Dlaczego muszę ją zabić?- zapytał z powagą w głosie. Mężczyzna z naprzeciwka lekko zmarszczył brwi i spojrzał na szatyna z wyrazem twarzy poroszącym o wyjaśnienie.- Chodzi mi o to, że  ty nigdy nie naruszałeś rodzin swoich wrogów. A teraz takie coś. Musi coś stać za tym.- wyjaśnił młody chłopak wpatrując się w swojego ojca. Chciał wyczytać coś z jego twarzy.Starszy Verdas przygryzł dolną wargę. Leon pierwszy raz widział że jego tata robi coś takiego. Jest coś na rzeczy i to coś poważnego. -O co chodzi?-zaczął się domagać wyjaśnień. Był pewny, że ojciec się waha. Mężczyzna dalej milczał. Leon nie mógł znieść tego uczucia. Zaczął się denerwować.-Tato!- krzyknął podenerwowany szatyn, gwałtownie podnosząc się z swojego miejsca.
-Po prostu to zrób. Zaufaj mi.- powiedział jak by nigdy nic wstając z miejsca i podążając w stronę drzwi wyjściowych, omijając przy tym swojego zdezorientowanego syna.- Jak chcesz to możesz to jeszcze przedłużyć.-rzucił otwierając drzwi i wychodząc, zostawiając szatyna w gabinecie z głową pełną przeróżnych myśli. Tych dobrych, ale i tych złych...

***

Z szarego budynku zwanego szkołą, albo jak kto lubi budą, po lekcjach wyszły dwie roześmiane i prze szczęśliwe dziewczyny.Violetta cieszyła się z tego, że jest razem z Leonem, a Francesca z powodu szczęści swojej najlepszej przyjaciółki.
Po mimo, że Viole i Leno są razem tylko od tygodnia ufają sobie niezmiernie. Po prostu kochają się.
-To co Violu, będziesz dzisiaj robić?- zapytała z ciekawości czarnowłosa. 
-Jeszcze nie wiem. Zależy co Leon będzie robił.- odpowiedziała z bananem na twarzy szatynka.
-Tęsknisz za nim?- zapytała dla pewności Fran. Violetta spojrzała na nią uśmiechnęła się jeszcze szarzej i przytaknęła. -Ja też bym chciał tak się zakochać.- powiedział z lekką zazdrością Włoszka.
-Nie martw się na pewno znajdziesz sobie tego jedynego. prędzej czy później to i tak się stanie.- pocieszyła ją Castillo i pogłaskała po ramieniu, dodając otuchy.
Przez prawie całą drogę rozmawiały, o nowych ciuchach, wyprzedażach. Ich pogawędkę przerwał dzwoniący telefon szatynki. 
-Kto dzwoni?- zapytała podekscytowana czarnowłosa.
-Leon.- przeczytała co było napisanie na wyświetlaczu telefonu.
-Szybko odbierz!-  poganiała ją dziewczyna, żeby nacisnęła zieloną słuchawkę. Uczyniła to i przyłożyła biały telefon do ucha.
-Hej kotku!- powiedziała wesoło.
-Hej misiu.- usłyszała po drugiej stronie jego głos. W brzuchu poczuła latające motylki.- Jak tam minął dzień?- zapytał spokojnie.
-Ehh... szkoda słów...- bąknęła nie zadowolona szatynka.
-Aż tak za mną tęskniłaś?- zaciekawił się chłopak. Violetta wybuchła niepohamowanym śmiechem. Gdy się uspokoiła szatyn kontynuował. - To znaczy nie tęskniłaś?- zapytał zasmucony. Violetta uśmiechnęła się
-Oczywiście, że tęskniłam.- powiedziała z przekonaniem.- To co spotykamy się dziś?- zapytała z nadzieją dziewczyna.
-Tak myślałem, może przyszłabyś do mnie na noc.- Zadał to pytanie jak by nigdy nic. Violettę zamurowało. Lecz chciała tego. Bardzo chciała.
-Sugerujesz coś?- zaczęła uwodzicielskim głosem.
-No to, że zjemy jakąś kolację i potem coś razem porobimy.- powiedział spokojnym głosem. Jak by w ogóle nic nie planował.
-A co proponujesz żebyśmy zrobili.- uporczywie drążyła temat. Chciała, że by chłopak powiedział to na głos.
-Co tylko będziesz chciał księżniczko.- uśmiechnął się szatyn.
-Okej zgadzam się. Tylko co ja powiem swoim rodzicom?- zaniepokoiła się szatynka.
-Powiedz im, że idziesz nocować do mnie. Tam cię na pewno puszczą.- wtrąciła się Francesca mówiąc do Violi tak żeby usłyszał to też Leon. Violetta spojrzała na nią morderczym wzrokiem, lecz Włoszka nic z tym nie zrobiła.
-Fran ma rację.- przyznał jej rację szatyn. To wym tak coś poróbcie, a ja będę czekał koło domu Francesci o 18 Okej?- wyjaśnił szybko.
-Niech będzie.- bąknęła niechętnie Castillo
-Kocham cię.- powiedzieli w tym samym czasie i się rozłączyli.
Włoszka była tak podekscytowana, że nie mogła ustać w miejscu. Tak naprawdę szatynka też była bardzo szczęśliwa tą wieścią.

***

-Fran, jeszcze długo będziesz wybierała mi te ubrania?- Violetta marudziła gdzieś tak od 15 minut. Włoszka odwróciła się w stronę swojej przyjaciółki spojrzała na niż z uśmiechem.
-To prawda. I tak będziesz na sobie krótko je miała.- zaśmiała się Włoszka i wyciągnęła z szafy jakieś ładne spodnie, białą bluzkę i koszulkę.- Msza, włóż to.- powiedziała i rzuciła ubraniami w stronę szatynki. Ta tylko spojrzała na niż groźnie i poszła się ubrać do łazienki.
Nie mogła się doczekać gdy spotka się z ukochanym. Już chciała go pocałować, przytulić. Może nie była do końca pewna, czy che właśnie teraz stracić dziewictwo, ale ufa mu i wiedziała, że nie pożałuje tego. Po 10 minutach była już gotowa.
-Która godzina?- zapytała nerwowo poprawiając włosy. Włoszka spojrzała na swój zegarek który znajdował się na prawej ręce
-Uuu 17.30. Musimy się pośpieszyć- rzuciła pośpieszając swoją przyjaciółkę. Violetta szybko wrzuciła telefon i potrzebne rzeczy do torebki.
-Mamo, tato, gdzie jesteście?- krzyknęła zbiegając ze schodów dziewczyna.
-W kuchni.- usłyszała głos swojej mamy. Szybkim krokiem podążyła w stronę pomieszczenia, gdzie znajdowali się jej rodzice.  W kuchni byli tylko oni. Siedzieli przy stole i pili chyba kawę.
-Mamo, tato mogę dziś nocować u Francesci, proszę- błagał dziewczyna German ciężko westchnął. Spojrzał na swoją córkę.
-Violu, ale jutro mamy ten bal, pamiętasz?- zapytał nadal wpatrując się w swoją córkę.
-No to co z tego? Wrócę wcześnie rano. Prooszę- nadal mówiła błagalnym tonem.
-Nie Violetta, musisz się wyspać, a jak cię znam to nie będziesz spała do 3 nad ranem.- powiedziała stanowczo Maria podnosząc się z miejsca i odkładając naczynie na blat kuchenny.
-No ale proszę. Obiecam, że pójdę wcześnie spać.- modliła się żeby jednak się zgodzili, ale jej rodzice byli nie ugięci. Fran też chciała coś zaradzić, lecz na próżno. Violetta nieźle się wkurzyła. Wściekła wyszła z pomieszczenia i z hukiem pobiegła schodami na górkę Za nią pobiegła Włoszka.
-Co chcesz teraz zrobić?- zapytała szeptem czarnowłosa. Violetta siedziała na łóżku i myślała co by tu zrobić. Ucieczka. To jedyne dobre wyjście w tym przypadku. Bardzo chciała spotkać się z ukochanym.
-Fran, zadzwoń do Leon. Powiedz, że jest zmiana planów. Niech przyjedzie do mnie, a musi zaparkować koło moich sąsiadów. Ucieknę stąd.- powiedziała pewna siebie szatynka. Włoszka nie była pewna czy to będzie dobry pomysł, ale wykonała jej prośbę. Zadzwoniła do Verdas jak tylko wyszła z domu Państwa Castillo.
Violetta tym czasem jak jej rodzice byli w swoim pokoju, wykorzystała sytuację i wymknęła się. To jej był pierwszy raz, że bez zgody mamy, lub taty wymyka się z domu i to do chłopaka. Po cichutku zeszła na dół i zwinnym krokiem podbiegła do drzwi frontowych. Bezszelestnie otworzyła je i wyszła z domu. Na dworze panował półmrok.  Biegiem pokonała odcinek od drzwi do furtki. Gdy była już za ogrodzeniem rozejrzała się dookoła. Po lewej stronie zobaczyła czarne audi. Na ten widok lekko się uśmiechnęła. Lekko podkulona pobiegła do czarnego auta i otworzyła drzwi po stronie pasażera. Zwinnym ruchem usiadła na czarnym skórzanym fotelu. Zamknęła za sobą drzwiczki. Odwróciła głowę w drugą stronę i zobaczyła przystojnego, uśmiechniętego szatyna.
-Hej ty moja niegrzeczne dziewczynka.- przywitał się z uśmiechem.
-Hej kotku.- rzuciła i przysunęła się bliżej chłopaka. On uczynił to samo. Złączyli swoje usta w namiętnym pocałunku. Po krótkiej chwili szatynka się oderwała. Leon spojrzał na nią z zdziwieniem.
-Coś nie tak?- zapytał lekko zaniepokojony
-Nie, nie, wszystko okej. Ale jedziemy stąd puki nikt nas nie zobaczył.- popędziła swojego chłopaka. Ten tyko się uśmiechnął i ruszył .

***

Obaj weszli do domu szatyna trzymając się za ręce. Violetta jeszcze nigdy nie była u Leona w domu. po prostu nie miała po co. Dom a raczej willa była przepięknie urządzona. Kolory mebli były   świetnie dobrane do ścian pomieszczeń.  Przytulnie i gustownie. Nagle poczuła jak jej chłopka obejmuje ją w pasie. Uśmiechnęła się. Poczuła w brzuch szalejące motylki. Gwałtownie się odwróciła i pocałowała namiętnie usta chłopaka. Po oderwaniu Violetta widziała w oczach Leona iskierki, które przyprawiały ją o rumieńce.
-Może przejdziemy do...- nie zdążył dokończyć ponieważ szatynka mu przerwała.
-Konkretów? Zgadzam się z tobą.- rzuciła uwodzicielski i znowu wpiła się w usta ukochanego. Nie mogli się od siebie oderwać. Całowali się co raz bardziej brutalniej. Chcieli już na zawsze pozostać razem. Ale czy to będzie możliwe...
Leon zaczął schodzić co raz niżej aż dotarł do jej szyi. Pierwszy raz ktoś całował jej szyję. Spodobało się to dziewczynie nawet bardzo. Wplotła swoje ręce w jego brązowe, miękkie włosy. Nagle poczuła jak się unosi. Leo wziął ją na ręce i zaniósł najpierw na kanapę. Położył ją na niej, a sam położył się nad nią i oparł się łokciami, żeby małej szatynce nie było ciężko. Spojrzeli sobie głęboko w oczy. 
-Naprawdę tego chcesz?- szepnął patrząc na nią. Na jej twarzy malowało się lekkie wahanie. -Zaufaj mi.- znowu szepnął. Szatynka nie chciała marnować ani minuty dłużej.
-Ufam .- syknęła prosto w jego rozpalone usta. On się uśmiechnął i znowu zaczął ją całować. Kanapa służy do siedzenia, nie do kochania się dlatego para postanowiła się przenieść do sypialni chłopaka. Szatynce w ogóle nie obchodziło to co powiedzą jej rodzice po powrocie do domu. Żyła chwilą. Wspaniałą chwilą. Violetta i Leon całując się przenieśli się do sypialni . Tam pozbyli swojej garderoby. Można się domyślić co się stało później, lecz to co się stało obaj zapamiętają jako najlepszy wieczór w życiu.

***

Weście mnie dobijcie
 Miałam ogromne plany, żeby zrobić +18
No okej wczoraj wszystko było napisane
Trzeba było tylko sprawdzić
Ale to było tak denne, że po prostu końcówkę usunęłam
I napisałam coś takiego
Pozdrawiam
Lucyy
PS: Nadal pracuję nad nazwą
A i jak macie jakieś pomysły na nią piszcie

czwartek, 16 października 2014

One Shot: Zadanie część 2


Ten OS dedykuję Veronice Blanco :))))))
Miłego czytania :D


Violetta i Leon już od dłuższego czasu spotykają się. Choć jeszcze jako przyjaciele. Ich uczucie z każdym spotkaniem się wzmacnia. Starają spędzać z sobą każdą wolną godzinę. Violetta pokochała Leona. I to naprawdę szczerze. Nie boi się mówić o tym uczuciu swojej przyjaciółce, tak jak na początku było. Po kilku pierwszych spotkaniach broniła się, że to tylko zwykłe spotkanie przyjacielskie. Nie chciała słyszeć o żadnej randce, lecz po nie całym tygodniu przełamała się i zaczęła normalnie o tym rozmawiać i opowiadać jak było.
Tylko Leon przed rodziną i współpracownikami ciągle pokazuje zimną i kamienną twarz. Choć w środku młoda szatynka w ogóle nie jest mu obojętna. Gdy o niej myślał zawsze miał na ustach lekki uśmiech. Spotykanie się z Violettą, rozmawianie, a czasami nawet dotykanie sprawiało mu ogromną przyjemność. Gdy nadszedł czas rozstania się, nie chciał jej zostawiać. Zakochał się w niej do szleństwa, Lecz czekał na jej pierwszy krok, ponieważ tak właśnie ustalił z swoim ojcem. Ale to i tak była tylko jakaś głupia wymówka. Po prostu się bał. Czego? Tak naprawdę sam nie wie, ale wiedział jedno, nie wyzna jej swoich uczuć. To znaczy robi to, lecz jako ten Leon, który działa pod rozkazem ojca.
Właśnie w tym momencie siedział i przeglądał coś w internecie. Nie miał konkretnego celu. Tak aby zabić czas. Jakiś inny 22 latek na pewno w tym czasie by zakuwał do egzaminów, lecz nie on. Jak ma się tak bogatego i wpływowego ojca to życie jest niewiarygodnie proste. Nie musi uczyć do żadnych egzaminów. Od czasu do czasu, pójdzie na jakiś wykład, tak żeby nie było, że w ogóle nie  chodzi. Dyplom tak czy tak dostanie. teraz całą swoją uwagę poświęca treningom. To jest bardzo ważne jeżeli w przyszłości chciałby stać się profesionalnym zabójcą. Tak naprawdę bardzo lubi te treningi. Na nich może się wyładować. Czasami to mu pomaga z opanowaniem emocji.
Nagle do salonu chłopaka wszedł jego starszy brat Christopher. Nie mają ze sobą najlepszych stosunków. Jak coś trzeba to robią razem, lecz tak żeby pogadać jak brat z bratem... to nie ujdzie.
Obaj może z wyglądu mieli podobieństwa, lecz charakterem różnili się jak ogień i woda. Chris był ogniem, a Leon wodą. Każdy nawet ten który pierwszy raz ich widzi na oczy to by powiedział. Starszy chłopak z już z wyglądu jest groźny, wybuchowy, bezwzględny, niepohamowany. Można powiedzieć kopia ojca. Młodszy Verdas jest zupełnie inny umie wysłuchać, pocieszyć, jest bardzo uczuciowy, lecz zazwyczaj nie pokazuje ludziom jaki jest na prawdę.
-Co robisz?-jako pierwszy odezwał się brat Leona. Ten podniósł wzrok i popatrzył na swojego brata.
-Nic specjalnego, a co interesuje cię to?-zapytał bez najmniejszych uczuć.
-Nie mnie, a ojciec pyta jak tam sprawa z naszą dziewczynką.-rzucił znudzony tą całą sytuacją Chris.
-Dla wiadomości idzie mi świetnie. Powinienem zakończyć to jeszcze przed ustalonym terminem.-powiedział dumy z siebie szatyna.
-Aha tak?-zapytał ironicznie starszy chłopak.-Żeby tak się nie skończył, że ktoś musiał by to zrobić za ciebie, bo ty nie masz odwagi, albo co gorsza zakochałaś się.- powiedział ostrzegająco. Leon tylko prychnął, wstał z miejsca, podszedł do swojego brata i stanął na przeciwko niego.
-Przekonamy się.- powiedział pewny siebie Leon.
-Okej rób jak chcesz, ale ostrzegam ciebie, nie zostawimy jej tak po prostu w spokoju.- powiedział dość groźnie i wyszedł z domu szatyna.
Gdy chłopak był pewien, że jego brat już nie wróci zacisnął usta w cienką linie. Nie może się w niej zakochać. Ale też tak samo nie może nie spotykać się z dziewczyną. Musi udowodnić bratu i tacie, że jest silny. Musi to zrobić.
Westchnął ciężko i spojrzał na swój telefon który leżał na stoliku koło laptopa. Postanowił zadzwonić do pięknej dziewczyny. Szybko chwycił czarne urządzenie i odszukał jej numer w kontaktach, Już chciał nacisnąć zielony przycisk, ale się powstrzymał dlatego, bo przypomniał sobie, że dziewczyna może mieć teraz lekcję. Jeszcze chwile pomyślał i ostatecznie zdecydował się, że napisze do niej wiadomość. Szybko ruchem napisał  czy ma dziś czas na spotkanie się z nim. Na odpowiedz nie czekał długo, ponieważ po nie całych dwóch minutach Castillo odpisała. Po przeczytaniu wiadomości mimowolnie się uśmiechnął. Dziewczyna zgodziła się i napisała żeby przyjechał po nią pod szkołę. Podała dokładną godzinę. Godzinę o której kończy ostatnią lekcję. Szatyn spojrzał na zegar w swoim telefonie. Była dopiero 12.34. "Co ja będę przez tyle czasu robił?" zadał pytanie w myślach. Violetta lekcje kończy dopiero o  15.20. "Może pojadę poćwiczyć" stwierdził znowu w myślach. Z powrotem położył telefon na stolik i udał się przygotować się na trening.

***

Strzelanie, to ćwiczenie które najbardziej lubi. Uwielbia to robić. Gdy ma w ręku broń i nikt go nie powstrzymuje, czuje się jak by miał skrzydła. Niczego więcej mu nie trzeba. Podczas strzelania niczego nie czuje. Żadnych uporczywych myśli, problemów. Wyłącza się myślenie a włącza się skupienie i precyzja. Tego właśnie mu trzeba w trudnych sytuacjach. Na przykład takich jak jest teraz. Nie chce, nie może się zakochać, a jednak to robi. Nie może tego powstrzymać. Nic nie może poradzić. Ta dziewczyna po prostu rzuciła na niego jakiś urok i nic z tym nie może robić.
Nawet nie zauważył gdy zleciały te godziny. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie za kulo odporną szybą. Było już grubo po 14. " czas się zbierać" pomyślał i wyszedł z pomieszczenia otoczonego kulo odporną szybą. Odłożył broń na miejsce  i poszedł się przebrać. Nie trwało to długo. Z strzelnicy wyszedł dokładnie o 15. Więc ma jeszcze 20 minut. W ogóle nie musi się śpieszyć. 
Wolnym krokiem podszedł do czarnego BMW, otworzył drzwi do bagażnika i wrzucił tam swoją torbę sportową. Zamknął je, a następnie otworzył drzwi po stronie kierowcy. Usiadł na czarnym, skórzanym fotel i ciężko westchnął. Można powiedzieć, że miał bzika na punkcie samochodów. W swoim garażu miał już 2 nie byle jakie auta. Sam do końcu nie wie po co mu 2 samochody, ale uwielbia szybkość i potężne samochody. Jednym był czarne Audi q7, a drugi to BMW X6 też takiego samego koloru. Uwielbia te samochody.
Odpalił silniki wyjechał z parkingu należącego do właściciela strzelnicy. O niczym innym nie myślał, jak tylko, o spotkaniu z śliczną szatynką. Przez całą drogę myślał o niej. Szkoła w której uczy się dziewczyna nie była blisko, lecz i tak szatyn całą drogę pokonał w przeciągu 15 minut, gdy przy normalnej szybkości  trwa do 40 minut, Jest świetnym kierowcą, choć młodym i niedoświadczonym.
Gdy wjechał na plac szkoły zaparkował samochód nie daleko wyjścia z budynku. Zgasił silnik i spojrzał na deskę rozdzielczą, gdzie było napisane, że jest godzina 15.17. "Świetnie" pomyślał dumny z siebie. Nie spóźnił się. Można powiedzieć, że był punktualnie.
Na dzwonek oznajmiający koniec lekcji nie czekał długo. Był tak głośny, że było nawet słychać w zamkniętym samochodzie. Uczniowie zaczęli wychodzić z pomieszczenia placówki i kierować się do...a  kogo obchodzi gdzie oni szli. Na ustach Verdasa pojawił się uśmiech gdy uczniowie przechodząc obok jego cudeńka nie mogło oderwać oczu. To go bardzo bawiło. Nagle z budynku wyszły dwie dziewczyny, ale dla Leona liczyła się tylko jedna. Mała szatynka. To znaczy nie mała, ale on i tak ją tak nazywał. Jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył. Założył na nos swoje czarne Rey Bany i wysiadł z auta. Skierował się w stronę szatynki, która z bananem na twarzy dreptała w jego stronę.
Gdy byli dość blisko siebie chłopak pochylił się i pocałował dziewczynę na powitanie. Oczywiście w policzek. Violetta na ten jego czy się zarumieniła
-Hej.- bąknęła lekko zawstydzona.
 -Cześć.- powiedział pewny siebie chłopak.
-Okej Violu, nie będę wam przeszkadzała. Potem się zdzwonimy.- szybko powiedziała Włoszka już kierująca się w stronę swojego domu. Naprawdę nie chciała im przeszkadzać. Wiedziała jak bardzo Leon jest ważny jej przyjaciółce.- Pa Leon.- krzyknęła machając na pożegnanie w stronę chłopaka. Ten tylko się uśmiechnął.
- To co idziemy?- zapytał chłopak, gdy czarnowłosa zniknęła za rogiem.
-Tak jasne.- powiedział lekko speszona dziewczyna. Chłopak się uśmiechnął i objął ją ramieniem. Zaczęli podążać w stronę samochodu szatyn. Wszyscy będący na placu przyglądali się z zaciekawieniem tej sytuacji. No przecież nie często widzi się jedną z najpiękniejszych i najtrudniejszych do zdobycia dziewczyn w szkoły z innym chłopakiem. Z resztą starszym od niej chłopakiem. Ale oni w ogóle się tym nie przejmowali. Byli tam tylko oni.

***

Obaj spacerowali po niewielkim lasku nie opodal Buenos Ares. Postanowili, że w takich miejscach najlepiej się spotykać, ponieważ nikt ich nie zobaczy, nie przeszkodzi im. Violetta w ciąż ukrywała przed rodzicami, że spotyka się z Verdasem. To znaczy nie są jeszcze parą, ale nawet by się przyjaźnić zabronili. Castillo bardzo kocha swoich rodziców, ale czego nie muszą wiedzieć to nie wiedzą. Może się dowiedzą...kiedyś.
Oboje szli ramie w ramie, cieszyli się swoją obecnością. Tylko, że szatynce już to nie wystarczało. Chciała czegoś więcej. Pocałować, przytulić, no choćby potrzymać go za rękę. Ale nie mogła tego zrobić. Bała się odtrącenia i tego uczucia. Tak naprawdę nigdy go jeszcze nie poczuła, ale można się domyślić, że to jest okropne uczucie. Musiała się wziąć w garść i zrobić, co już dawno chciała uczynić. Napełniła płuca chłodnym powietrzem, a totem wypuściła przez usta. Szatyn zauważył jej czyn i zatrzymał się. Spojrzał na nią pytająco i zatrzymał się. Stanął na przeciwko niej.
-Coś nie tak?- zapytał wpatrując się w nią. Szukał jakiejś podpowiedzi, o co może jej chodzić. Dziewczyna troszeczkę się stresowała. No może nie troszeczkę. Pierwszy raz była w takiej sytuacji. Nie wiedziała jak się zachować. Szatyn ciągle wyczekiwał na jakie kol wiek wyjaśnienia.
-Muszę ci coś powiedzieć.-szepnęła nieśmiale. W jej brzuchu latało kilka motyli, choć żaden z nich jeszcze nic nie uczynił. Leon powoli się domyślał o co może chodzić Violetcie, ale wciąż stał jak głupi czekając na dalsze słowa szatynki.- Słuchaj, to jest dla mnie bardzo trudne, nie wiem jak ubrać to w słowa, ale chyba się w tobie zakochałam...-ostatnie słowa powiedziała njaciszej jak tylko mogła. Gdy wyznała mu to co czuje, zrobiło się tak jak by lżej. Szatyn milczał. Wiedział jaka będzie odpowiedz, ale nie spodziewał się, że odbierze to tak...dziwnie. W brzuchu poczuł motylki. Pierwszy raz w życiu czuje coś takiego. Nie mógł wykrztusić z siebie żadnego słowa, choć chciał dużo powiedzieć.
Violetta nie mogła znieść takiej ciszy. Ona ją dobijała. Leon milczał, odebrała to inaczej niż powinna.
-Przepraszam, jak ja w ogóle mogłam coś takiego powiedzieć.- zaczęła gorączkowo tłumaczyć się Castillo.- Byłam głupia, że w ogóle pomyślała, że ktoś taki jak ty odwzajemni moje uczucia i pewnie masz już dziewczynę.- rzuciła szybko spuszczając głowę. Tak jej było wstyd, że coś takiego mogła powiedzieć. Leon po chwili wrócił do żywych z przeanalizowanymi słowami wypowiedzianymi prze szatynkę, -Może już będziemy wracać...?- nieśmiało zapytała córka komendanta, uporczywie wpatrując się w czubki swoich butów. Verdas tylko uśmiechnął się szerzej i zmniejszył odległość pomiędzy nimi. Stał blisko, nawet bardzo blisko szatynki, a ta nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Podniósł lekko jej podbródek do góry żeby móc spojrzeć jej w czekoladowe oczy. Dziewczynę bardzo zdziwiło zachowanie Leona. Patrzyła na niego z lekkim przestraszeniem w oczach. Ten dalej się do niej uśmiechał i rozpływał się w jej  oczach.
-Kocham cię.- szepnął w prost do jej malinowych ust. Szatynka myślała, że się przesłyszała. Nie mogła uwierzyć, że szatyn powiedział coś takiego. Już chciała coś powiedzieć, lecz szatyn nie pozwolił jej w tym pocałunkiem. On był czymś niesamowitym dla obu stron. W brzuchu jak Violi i Leona szalało tornado motylków. Pocałunek nie należał do długich i namiętnych, ale pełen uczuć.
Gdy oderwali się od siebie patrzyli nawzajem głęboko w oczy.
-Naprawdę?- niedowierzanie szepnęła młoda dziewczyna, nie odrywając spojrzenia od jego oczu w których tańczyły wesołe ogniki.- To naprawdę prawda? Kochasz mnie?- szeptała nadal niedowierzanie szatynka. Chłopak na odpowiedź uśmiechnął się uroczo położył dłoń na jej policzku i jeszcze raz ją pocałował tylko tym razem troszeczkę namiętniej. Dziewczyna odwzajemniła pocałunek. Nawet dobrze jej to wychodziło. No co, całowała chłopaka drugi raz w życiu. Pierwszy był przed chwilą. Violetta położyła rękę na jego dłoni, która tym czasem znajdowała się na jej policzku. Pocałunek trwał dłużej niż poprzedni. Gdy się oderwali jeszcze raz spojrzeli sobie głęboko w oczy. Oboje widzieli w nich szczęście. Nareszcie szatyn nie musi przed nikim udawać. Znalazł tą jedyną. Tylko był mały problem. No sroy, nie mały problem, On będzie musiał ją zabić...

***

No i mamy następną część :D
Chciała bym wam bardzo podziękować za tyle wyświetleń i komentarzy <<<3333
Dla nie których o w ogóle by nic nie znaczyła, lecz dla mnie te kilka komentarzy i tak 100 wejść dziennie to bardzo dużo :>>>
Dziękuję wam serdecznie <33
Okej wracając do OS
Dajcie mi jeszcze czasu na obmyślenie nazwy
Jakoś nie mam pomysłu
Będę jeszcze 2 części :D (może więcej...)
No i  chyba to wszystko Pozdrawiam
Lucyy
PS: Rozdziały zaczną się pojawiały po ukończeniu OS
Chcę teraz skupić się tylko na nim ;D

niedziela, 12 października 2014

One Shot: Zadanie część 1

-Dlaczego właśnie mnie?-zapytał przystojny szatyn dokładnie obserwując informatorkę
-Zlecono właśnie ci to zadanie, ponieważ jesteś najmłodszy z całej naszej grupy.-powiedziała spokojnym głosem piękna blondynka.
-No dobrze . To co mam zrobić?-rzekł i wygodniej rozsiadł się w swoim krześle krzyżując ręce na piersi.
-Musisz ją zaczarować, tak zrobić żeby się zakochała na śmierć a potem tak zostawić, żeby z własnej woli popełniła samobójstwo. Podołasz to wykonać?-zapytała blondynka uważnie przyglądając się chłopakowi siedzącemu na przeciwka.
-Oczywiście, to przecież  pestka-powiedział troszeczkę rozbawiony
-Bardzo dobrze, lecz masz jedną zasadę, nie możesz się w niej zakochać.-tej ton był bardzo poważny i surowy.

***


On- 22 latek. Jest bardzo przystojnym i wyrozumiałym chłopakiem. Ma ojca i brata o imieniu Christopher. Chris jest starszy od niego o 3 lata. Działa w jednej takie grupie, która jest oparta na usuwaniu niechcianych osób z drogi. Wszyscy członkowie grupy są świetnie wytrenowani fizycznie i psychicznie. Leon bo tak właśnie się nazywa ten chłopak, jeszcze tylko jest na etapie uczenia się różnych technik walk, używania broni i tym podobne. Trafił do tej grupy przez swego ojca, gdyż ten jest jednym z dowódców tych organizacji. One są podzielone na kilka mniejszych grup tak żeby nikt ich nie namierzył, albo nie znalazł. Tak naprawdę zabijanie to nie wymarzona robota chłopaka. Chciał wieść spokojne życie, ale jednak los inaczej zaplanował mu przyszłość.

Ona-Violetta Castillo, 17 letnia córka słynnego policjanta. Dziewczyna jest bardzo miła, pomocna i ciepła. Nigdy nie chce czyjejś krzywdy. Zawsze znajdzie takie wyjście, żeby każdej stronie było dobrze. Nie ma żadnego rodzeństwa. Żyje w raz z matką i tatą. Jest w pierwszej klasie liceum, Jej ojciec, jak wspomniałam przedtem jest komendantem policji w Buenos Aires.Nigdy nikomu nie odpuszcza. Dąży do celu, to znaczy, żeby złapać przestępców i ukarać ich za wyrządzone szkody.Bardzo kocha swoją rodzinę i chce dla niej jak najlepiej. Ale tylko kilka osób wie jaka jest prawda, o Germanie Castillo. Czy ona wyjdzie na jaw?

***

Młoda szatynka w raz z swoją najlepszą przyjaciółką szły uliczkami Buenos Aires. Od zawsze Violetta uwielbiała jeszcze zimnym porankiem przechadzać się po tym mieście. Nie miała żadnych problemów w szkole, w rodzinie panowała harmonia i miła atmosfera. W szkole każdy ją lubił, zawsze była pomocna. Nie miała wrogów ani ludzi którzy życzą jej złego. Jej życie było idealne. Violetta zawsze marzyła o szczerej , nie udawanej miłości. Gdyby tylko chciała mogła by mieć każdego ze szkoły, lecz nie chce tego robić. Każdy stara się o jej względy, ale nikomu jeszcze to się nie udała. Jeszcze...
-Violu, jak tam się trzymasz. Wszystko w porządku?-zapytała zaciekawiona włoszka patrząc na swoją przyjaciółkę. Szatynka tylko się uśmiechnęła.
-Wszystko jest w najlepszym porządku. Jak zawsze...idealnie.-powiedziała nadal idąc przed siebie.
-A nie nudzi cię trochę ta monotonia?-zapytała czarnowłosa piękność. Castillo spojrzała na nią z zdezorientowaniem i podniosła brew do góry.- Chodzi mi o to czy nie jesteś zmęczona tym wszystkim. Żadnych kłótni w domu, w szkole tylko piątki, to z czasem mogło by się stać...nudne.-powiedziała Włoszka. Violetta za bardzo nie wiedziała jak ma odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony Francesca miała rację. To stawało się nudne. Nie mogła nigdzie wyjść z znajomymi. Tylko siedzieć z rodzicami przy stole i rozmawiać o uczuciach. A z drugiej to było bardzo dobre, ponieważ wiedziała, że rodzice nie zostawią jej na lodzie.
-Ciężko jest odpowiedzieć na twoje pytanie. Z jednej strony masz rację, ale też są dobre strony tego wszystkiego.-powiedziała zerkając na dziewczynę.
-Rozumiem cię.-powiedziała lekko zamyślona czarnowłosa.-Co powiesz na poranny koktajl?-zapytała zadowolona włoszka.Szatynka spojrzała na nią z szerokim uśmiechem.
-Czytasz mi w myślach.-powiedziała uradowana córka policjanta.
-No to na co czekamy? Idziemy!wesoło krzyknęła Francesca . Chwyciła rękę swojej przyjaciółki i razem pobiegły w stronę kawiarni gdzie robią najlepsze koktajle w mieście. 
Dziewczyny postanowiły zamówić koktajle na wynos, gdyż nie chcą spędzać tak pięknego poranka w pomieszczeniu. Gdy zamówienie było gotowe, dziewczyny zapłaciły z nie i powolnym krokiem  zaczęły podążać w stronę drzwi wejściowych.Włoszka i Castillo były tak pochłonięte dyskusją, o nadchodzącym projekcie z fizyki, że nie zauważyły jak do lokalu wchodzi chłopak. On tak samo był wciągnięty w rozmowę tylko, że przez telefon, tak samo ich nie zauważył. Tym samym doszło do zderzenia młodej szatynki i przystojnego chłopaka. Nic by się nie stało gdyby Violetta nie trzymała w ręku plastikowego kubka z napojem. Zawartość naczynia wylądowała na na czarnej koszuli chłopaka. Cała trójka była w ogromnym szoku. Jako pierwsza odezwała się szatynka.
-O mój Boże! Bardzo cię przepraszam.. Nie zauważyłam cię.-panikowała dziewczyna. Wyjęła z torebki chusteczki i zaczęła wycierać plamę na koszuli Leona. Ten tylko się zaśmiał i lekko chwycił nadgarstki dziewczyny odsuwając je go siebie.
-Spokojnie. Po części to też moja wina zagadałem się. A o koszule nie martw się bo w samochodzie powinna być jeszcze jedna.-powiedział nadal śmiejąc się. Dziewczyna poczuła jak jej policzki zaczynają piec. Spuściła głowę tak żeby jej loki zasłoniły czerwone poliki.-Nie martw się.-jeszcze raz zapewnił ją szatyn. Violetta podniosło wzrok i spojrzała z uśmiechem na niego.
-I tak jestem ci winna tą pobrudzoną koszulę.-powiedziała jeszcze szerzej się uśmiechając.
-Nie trze...-zawiesił głos-A wiesz co może wybierzemy się dzisiaj gdzieś. Na przykład na lody, bo koktajl źle wspominam.-na te słowa obaj się zaśmiali Violetta znowu się zarumieniła.- To co dziś o 17?-zapytał Leon podnosząc brew.
-Jasne.powiedziała uśmiechnięta dziewczyna.
-A tak w ogóle jestem Leon.-wyciągnął rękę w stronę szatynki.
-Violetta -szybko podała mu rękę.-To do 17.-rzuciła Castillo do odchodzącego chłopaka.
Francesca bacznie przyglądała się temu całemu zdarzeniu. Wiedział, że z tego całego zdarzenia coś wyniknie. Jej przyjaciółka jeszcze nigdy tak się nie zachowywała przy żadnym chłopaku.
-Fran idziemy do domu?-zapytała uśmiechnięta szatynka.
-Tak, no przecież musisz się przygotować na swoją randkę.-powiedziała kusząco włoszka. Jej odpowiedzi bardzo zdziwiła Violettę.
-O czym ty mówisz, to nie będzie żadna randka.-powiedziała broniąc się Violetta.
-No nie w ogóle-powiedziała sarkastycznie czarnowłosa.-No chodź!-rozkazała i pociągnęła za rękę w stronę domu Castillo.

***

-Fran która godzina?-zapytała szatynka cofając głowę do tyłu tym samym przeszkadzając w pracy pięknej Włoszce. Ta z zdenerwowanie odsuwa się od swojej przyjaciółki i patrzy na nią złowrogo.
-Violetta pytałaś o to nie całe 5 minut temu. I proszę cię bardzo, daj mi skończyć.-powiedziała Francesca odkładając maskarę na komodę.
-Nie jestem przekonana, czy to jest konieczne. Według mnie dziewczyny są ładniejsze gdy ich twarze, czy inne części ciała są naturalne.-powiedziała spokojnie, lecz z takim naukowym tonem.
-Oj tam, oj tam. Gadasz.-czarnowłosa się zaśmiała i wyjęła z różowej kosmetyczki cienie do powiek.-Gdy cię zobaczy to od razu się zakocha.-powiedziała uśmiechnięta dziewczyna. Violetcie to się nie spodobało. Zmarszczyła brwi i zacisnęła usta.
-Przecież mówiłam ci, że chce żeby chłopak mnie kochał za to jaka jestem charakterem, a nie wyglądem-oburzyła się.
-Taa pokarz mi choć jednego takiego.-powiedziała czarnowłosa kszyrzując ręce na piersi.
-Mam nadzieję, że spotkam kogoś takiego-powiedziała szatynka z lekkim rozmarzeniem.
-Dobrze daj dokończę tą pracę a potem się ubierzesz okej?-zapytała dla pewności.
-Tak oczywiście.-rzekła Violetta pozwalając dalej pracować Francesca.
Gdy Włoszka skończyła robotę triumfalnie się uśmiechnęła. Kazała się ubrać ciuchami, które z resztą sama wybrała. Violetta ciężko westchnęła ale nie chciała kłócić się z znajomą, gdyż i tak by nic nie wskórała, z dobrze ją zna. Zawsze postawi na swoim. Szatynka skierowała się w stronę łazienki przy okazji zgarniając ubrania leżące na łóżku. Gdy była w pomieszczeniu szybko zsunęła poprzednie wdzianka i założyła nowe, specjalnie przygotowane na tą okazję. Efekt był  dobry, ale  szatynka i tak wiedziała, że nie jest taką na jaką wygląda. Jeszcze raz popatrzyła na woje odbicie w lustrze i ciężko westchnęła Wolnym krokiem ruszyła w stronę swojego pokoju. Gdy znalazła się tam popatrzyła na swoją przyjaciółkę.
-I jak?-zapytała bez uczuć wiedząc jaka będzie odpowiedz. Francesca szeroko się uśmiechnęła i lekko przytuliła szatynkę.
-Wyglądasz bosko.-powiedziała po oderwaniu. Na twarzy miała ogromnego banana.-W sam raz na randkę z seksownym szatynem-powiedziała zabawnie poruszając brwiami.
-Francesca, powiem t po raz setni i ostatni. To nie będzie żadna randka!-ostatnie słowa aż wykrzyczała szatynka, ale do włoszki nic a nic nie docierało. Fran chwyciła Violetta z ramiona i szeroko się uśmiechnęła
-Powodzenia na randce.-rzuciła szeroko uśmiechając się. Już Violetta chciała coś powiedzieć ale przerwała jej Włoszka.-To pa!-krzyknęła, pstryknęła ją w nos i uciekła z pokoju w podskokach.
Castillo ciężko westchnęła i spojrzała na swój telefon leżący na łóżku. Podeszła do niego, usiadła na białym łóżku i wzięła do ręki czarne urządzenie. Gdy go odblokowała, postanowiła sprawdzić godzinę. 16. 38. Jeszcze raz westchnęła. Żeby zdążyć na spotkanie powinna się pośpieszyć, ponieważ droga do wyznaczonego miejsca jest nie krótka. Zebrała potrzebne rzeczy i włożyła je do torebki. Przed wyjściem z pokoju jeszcze raz przyjrzała się w lustrze . Wszystko wyglądało niesamowicie. Wyprostowanie i ułożone włosy, wspaniale wykonany makijaż, bosko dobranie ubrania i dodatki. Czego chcieć więcej. Ale to nie była prawdziwa Violetta. Wygląd w ogóle nie pasował do charakteru dziewczyny. No ale nic. Ni chciał marnować więcej czasu. Szybko wyszła z  domu i zwinnym krokiem podążyła w stronę parku. Właśnie tam postanowili się spotkać.

***

Violetta siedziała na ławce w parku. Czekała na Leona. Jest 17.07. Ale jej to nie przeszkadza, że się spóźnia. Bardzo miło było jej siedzieć na tej ławce z zamkniętymi oczami. Czuła na swoje twarzy lekki wiaterek, który poruszał jej włosami. W takiej sytuacji mogła siedzieć w nie skończoność. Nie obchodziło jej teraz nic. Była w swoim świecie, choć jej jawa też była idealna. Miała wszystko pod dostatkiem, lecz i tak odczuwała jakąś nieokreśloną pustkę w sercu. 
Nagle poczuła jak ktoś siada obok niej. Mogła się domyślić kto to był. Powoli otworzyła oczy i spojrzała w prawą stronę. Obok niej siedział uśmiechnięty szatyn. Wpatrywał się w nią z zdumienie.
-Hej.-odezwał się jako pierwszy Leon.
-Hej-odpowiedziała wpatrując się w jego zielone oczy. One były takie piękne, że dziewczyna nie mogła oderwać od nich wzroku. Miały coś w sobie, można powiedzieć, że były hipnotyzujące.
-Przepraszam za spóźnienie. Wypadło mi coś ważnego, ale skończyłem szybciej, więc jakoś się wyrobiłem.-wyjaśnił łagodnym głosem. Violetta wciąż nie mogła oderwać oczu od jego twarzy, a raczej zielonych tęczówek.
-Pięknie wyglądasz.-szatyn szeroko się uśmiechnął i założył niesforny kosmyk włosów, który opadał jej na policzek. Przy tym nie chcący dotknął opuszkiem palców policzka dziewczyny. Od razu poczuła, że jej policzek w tym miejscu płonie.
-Dziękuję-szepnęła i spuściła głowę żeby nie zobaczył jej zrumienionych polików. Leon nie chciał żeby dziewczyna poczuła się dziwnie dlatego postanowił załagodzić sytuację i zaprosić ją na lody.
-To co idziemy na te lody?-zapytał już głośnej niż poprzednim razem. Violetta podniosła głowę i znacząco się uśmiechnęła-W zasadzie to nie lubię lodów, ale może ty będziesz miała ochotę-powiedział wstając z ławki i wyciągając rękę w jej stronę. Szatynka tylko się zaśmiała i chwyciła jego rękę. Gdy dotknęli się na wzajem obaj poczuli przechodzący prąd . Dziewczyna na to uczucie lekko się uśmiechnęła, a chłopak od razu się otrząsnął Nie miał prawa przeżywać takich uczuć. Nie z nią.
-No to witaj w klubie, bo ja też nie znoszę lodów-powiedziała przez śmiech. Verdas odwzajemnił czyn dziewczyny.
-To powiesz na ciastko?-zaproponował uwodzicielskim głosem. Na sam ton jego głosu policzki dziewczyny zaczęły piec.
-No na to mogę się skusić.-zgodziła się dziewczyna szeroko się uśmiechając.
-To idziemy.-powiedział pewien siebie i puścił rękę Castillo. Ta aż nie mogła wyobrazić, że takie uczucia istnieją. Jeszcze nigdy tak się nieczuła. Cieszyła się bardzo Może to właśnie ten jedyny. Przemknęło jej przez myśl. Kto wie...

***

Chłopak i młoda dziewczyna co raz bardziej się poznają i naprawdę się polubili Violetta zaczarował Leon. Właśnie oto chodziło ojcu chłopaka, gdyż to właśnie on wyznaczył mu to zadanie. Był pewny, że jego syn podoła to wykonać. Zaś Leon też przyjął to bardzo dobrze, iż myślał, że  będzie to bardzo proste. Lecz okazało się w ogóle inaczej. Bardzo polubił nową przyjaciółkę. Choć znają się nie całe 2 godziny, ale wiedzą o siebie sporo. Mogli by tak rozmawiać bez końca. Nagle te wspaniałe chwile przerwał dzwoniący telefon dziewczyny. Wyjęła z torebki urządzenie. Gdy przeczytała kto dzwoni do niej troszeczkę się zasmuciła, gdyż wiedziała, że musi wracać do domu. Nacisnęła zieloną słuchawkę i rzuciła przepraszające spojrzenie swemu towarzyszowi. Ten na odpowiedz tylko kiwnął głową
-Tak tato?-odezwała się jako pierwsza. Wiedziała, że jeżeli nie odprawi kazania teraz, to będzie miała zajęcie na resztę wieczoru.
-Violetta, gdzieś ty się podziewasz ?!-zapytał zdenerwowany męszczyzna. Szatynka wiedziała, że nie może powiedzieć prawdy swojemu ojcu, bo bez zastanowienia zabroniłby spotykać się z Leonem.
-Jestem w kawiarni w raz z Francescą. -Pierwszy raz skłamała ,lecz wiedziała, że teraz powiedzenie im prawdy byłoby ogromnym błędem.
-Aha, to dobrze Violu, ale wracaj już do domu.-powiedział już spokojniejszym głosem. Violetta na jego odpowiedź odetchnęła z ulgą. Uwierzył w kłamstwo.
-Okej już idę. Pa-rzuciła szybko. Nie czekając na odpowiedz rozłączyła się i spojrzała na szatyna. Ten przyglądał się jej badawczo. Nie mógł uwierzyć dlaczego ona kłamie.
-Przepraszam, ale muszę już iść.-powiedziała trzymając kurczowo swoją torebkę.
-Jasne, rozumiem cię. To co spotkamy się jeszcze kiedyś-zapytał z nadzieją w głosie. Chciał z nią spotkać się nie tylko dla zadania, lecz i tego, że strasznie ją polubił, ale nikomu nie pokazywał tego uczucia.
-Oczywiście.-powiedziała uśmiechnięta dziewczyna.-Masz mój numer więc zadzwoń okej?-powiedziała uśmiechając się
-Dobrze to do zobaczenia.-powiedział uwodzicielskim głosem i pocałował ją w policzek. Nic nie mogła powiedzieć. Jedynie gdy zobaczyła oddalającą się sylwetkę Verdasa szepnęła ciche i nieśmiałe "pa"

***

Tako oto prezentuje się mój drugi OS jaki napisałam.
Pierwszy wysłałam na konkurs do Candy
Według mnie jest nie zły
Ale opinię zostawiam wam
Na ten pomysł wpadłam wczoraj
A kiedy obejrzałam w raz w rodzicami "Akademia Policyjna" to mnie tak natchnęło i napisałam go
Ok nie przedłużam i czekam na komentarze
Nazwę tego OS wymyśle z czasem
Teraz nie mam pomysłu
A i będzie tak 3-4 części
Lucyy
Theme by violette